fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Chopin i jego maseczki

Vadym Kholodenko, Apollon Musag?te Quartett oraz Sławomir Rozlach, czyli koncert e-moll Chopina na czas pandemii
NIFC, Wojciech Grzędziński
Już po dwóch dniach festiwalu obostrzenia przestają przeszkadzać. Życie koncertowe jest dziś całkiem inne.

O perturbacjach związanych z organizacją tegorocznego Festiwalu Chopin i jego Europa pisaliśmy w „Rzeczpospolitej". Ostateczny program ogłoszono dopiero w lipcu, ale był przygotowany tak starannie, że udało się go zrealizować właściwie w całości. Z Brazylii nie dojechał jedynie bardzo u nas lubiany tenor Matheus Pompeu, co przewidywano zresztą wcześniej.

Festiwal się zakończył, teraz więc należy zapytać o wartość pierwszej tak wielkiej imprezy muzyczny zorganizowanej w Polsce w czasach pandemii, a i jednej z nielicznych tego lata w Europie. Obyło się bez nagłych zmian i obsadowych zastępstw, co już jest sukcesem.

Bez wielkich orkiestr

Możliwość zajmowania tylko co trzeciego miejsca w sali Filharmonii Narodowej szokowała tylko początkowo, do obowiązkowej maseczki na twarzy można było się przyzwyczaić. Koncerty były krótsze i bez przerwy, brakowało więc możliwości wymiany wrażeń w foyer, a takie rozmowy tworzą atmosferę każdego festiwalu. W pustawych wnętrzach muzykę przeżywało się właściwie w samotności.

Inna też była w tym roku też muzyka. Z koncertów fortepianowych Chopina, będących w poprzednich 15 latach obowiązkiem, usłyszeliśmy tylko jeden (e-moll) i to w wersji kameralnej. Zrekompensowali to za to – Vadym Kholodenko, pianista o wyrazistej indywidualności i świetny Apollon Musagete Quartett. Ten zespół oferował też przejmującą, pełną nostalgii interpretację późnego dzieła Krzysztofa Pendereckiego – kwartetu „Kartki z niezapisanego dziennika".

Uhonorowanie innego bohatera festiwalu – Ludwiga van Beethovena – było znacznie trudniejsze. Jak bowiem świętować 250. rocznicę jego urodzin, gdy nie można zagrać żadnej symfonii? Na pojawienie się wszakże na jakiejkolwiek estradzie wielkiej orkiestry musimy cierpliwie czekać.

Zamiast „Eroiki" czy „Ody do radości" z IX symfonii publiczność otrzymała cztery wieczory z międzynarodowym Belcea Quartet, który zagrał aż dziesięć kwartetów Beethovena. Było to muzykowanie na najwyższym poziomie, wzór wnikliwego odczytania zamysłu kompozytora i pokazanie, jak w ciągu prawie trzech dekad zmieniała się jego muzyka.

Z pandemicznego przymusu tegoroczny festiwal odkrył przed publicznością inny świat. Na planie pierwszym znalazła się ciągle zbyt mało doceniana u nas kameralistyka. Tymczasem i bez kilkudziesięciu muzyków można tworzyć wielką sztukę, doceniać wielkość Beethovena. Tak było choćby, gdy sonatę Kreutzerowską zagrali Alena Baeva i Vadym Kholodenko.

Buntownik i artyści

Mało poważane pieśni Beethovena wykonali zaś dwaj śpiewacy: Matthias Goerne i Christoph Pregardien. Pierwszy – w zgranym duecie z pianistą Janem Lisickim – każdy drobiazg wokalny zamieniał w rolę aktorską, kreowaną mocnym barytonem. Tenor Pregardien stawia na prostotę i przekaz słów. Śpiewając, potrafi nadać im tysiące znaczeń. Pieśni w jego wykonaniu oraz mistrza fortepianu Juliusa Drake'a chłonie się w najwyższym skupieniu. Te dwa wieczory nadały festiwalowi światową rangę.

A dla zwolenników sensacji był wieczny buntownik, Ivo Pogorelić, który wszakże ciągle gra tak samo. Jego kontrowersyjność spowszedniała, jeśli więc ktoś szuka autentycznych doznań, znalazł je podczas występu mało znanego u nas Dmitrija Ablogina. Młody Rosjanin wybrał fortepian historyczny i na zrekonstruowanym tzw. buchholtzu z lat młodości Chopina zaprezentował „Wariacje na temat Diabellego" Beethovena w tak imponującym stylu, że może mu dorównać niewielu pianistów wybierających współczesne steinwaye.

Mimo trudności festiwalowi udało się pozyskać jedną orkiestrę – skromniejszą, grająca na dawnych instrumentach Europa Galante. W obecnej nienormalności był to punkt obowiązkowy, podtrzymujący wiarę w ciągłość zdarzeń pomimo pandemii.

Włoch Fabio Biondi znów przygotował operę Moniuszki w międzynarodowej obsadzie, dając tym samym temat do kolejnej dyskusji o tym, jak traktować spuściznę „drugiego po Chopinie". W tym roku wybrał „Hrabinę" i podszedł do niej bez obciążeń, uwalniając Moniuszkę z patriotycznego balastu, dostrzegając zaś jego pokrewieństwo z pełną lekkości, francuską operą komiczną.

Być może ktoś zapyta, czy warto było w tym roku organizować prawie 30 koncertów, gdy każdego słuchało najwyżej 300 osób. Jest to pytanie z gruntu błędne, dzięki transmisjom online każde wydarzenie miało średnio po około 6 tysięcy wejść. Nigdy wcześniej Chopin i jego Europa nie miał takiej publiczności. A ta dwutorowość odbioru za sprawą pandemii staje się stałym zjawiskiem.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA