fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

„Kandyd": Ten najlepszy świat z supermarketu

Opera
Krakowski „Kandyd" jest jak koktajl z niespodzianką. Delektujemy się smakiem składników, by na koniec poczuć gorycz.

Niezbadane są motywy decyzji dyrektorów polskich teatrów. Przez kilka dekad żaden nie zainteresował się „Kandydem" Leonarda Bernsteina – fajerwerkiem pomysłów muzycznych i inscenizacyjnych, a przez ostatnie półtora roku mamy okazję już po raz czwarty z nim się spotkać.

Co spowodowało tę modę na „Kandyda"? Można by uznać, że nieprzemijająca aktualność XVIII-wiecznej opowiastki Woltera. Nasza rzeczywistość – jak z powieści – pełna jest kataklizmów, zagrożeń, a my niczym tytułowy Kandyd powtarzamy, że żyjemy w najlepszym ze światów. I ciągle wierzymy w miłość i szczęście, choć często tych stanów nie osiągamy.

Nie przypisujmy „Kandydowi" Bernsteina zbyt głębokich treści. Zdarzenia inspirowane Wolterem są tak nieprawdopodobne, że szybko przestajemy doszukiwać się odniesień do tego, co nas otacza. Nawet jeśli Krzysztof Piasecki w roli narratora uzupełnia tekst aluzjami o Polsce między wyborami.

Nie warto zastanawiać się, czy „Kandyd" to opera, operetka czy musical, bo jest wszystkim po trochu. Może właśnie dlatego polskie teatry tak długo go unikały, gdyż musiały nabyć umiejętności, aby się z nim zmierzyć.

Opera Krakowska zainscenizowała „Kandyda" z rozmachem, choć spektakl rozkręca się powoli. Z początku nie wszystkie elementy działają precyzyjnie. Uwertura została zagrana starannie przez orkiestrę pod dyrekcją Sławomira Chrzanowskiego, ale bez wirtuozowskiego sznytu określającego charakter całego „Kandyda". Pierwszym scenom brak spójności, na szczęście spektakl nabiera tempa i życia, zwłaszcza gdy na plan pierwszy wychodzą wykonawcy głównych ról.

W przeciwieństwie do niedawnej inscenizacji wrocławskiej Hanny Marasz – skromnej, ale jakże precyzyjnej i opartej na całym zespole – w Operze Krakowskiej o klasie spektaklu zdecydowanie bardziej decydują soliści. Widz ma zresztą dodatkową atrakcję, bo uznane gwiazdy operowe pokazują się w zupełnie innym wcieleniu.

Małgorzata Walewska jako Old Lady świetnie porusza się między musicalem i operą, a dobre komediowe aktorstwo wzbogaca ironicznie ujętym stylem primadonny. Równie bezbłędnie w obu tych muzycznych światach odnajduje się Mariusz Godlewski (filozof Pangloss).

Katarzyna Oleś-Blacha (Kunegunda) zawsze osiąga najlepszy efekt artystyczny, gdy swą oszałamiającą technikę wokalną traktuje z dystansem, jak właśnie tu, w roli kobiety ceniącej brzęk monet i błysk diamentów. Wojciech Soko Sokolnicki obdarzył szlachetną prostotą Kandyda, gdyby stonował nieco operową ekspresję, efekt byłby jeszcze lepszy.

Reżyser Michał Znaniecki pomysłowo rozegrał niemal całą akcję w bibliotece pełnej mądrych książek, bo Kandyd spojrzenie na świat zdobył z nauk Panglossa. Kiedy zaś po nieprawdopodobnych perypetiach odzyskał ukochaną i zamieszkał w nią w skromnym domku, biblioteka zamieniła się w supermarket.

Oto nasz świat, w którym książki na półkach zostały zastąpione przez towary z kolorowymi nalepkami. Czy to jest życie, do którego dąży Kandyd w XXI wieku?

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA

WIDEO KOMENTARZ

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA