fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Soyka: Nie można trwonić żadnej chwili

Stanisław Soyka już planuje płytę „Na drugą nóżkę”
Universal Music Polska
Nowa płyta Stanisława Soyki to pierwszy od lat album z własnymi, osobistymi tekstami.

Śpiewa pan pogodnie, ale zaskakuje w nowych piosenkach tematami przemijania i śmierci. Panie Stanisławie, w kwietniu skończy pan dopiero 60 lat!

Ale nie jestem już facetem dwudziestoletnim ani trzydziestoletnim i chcę powiedzieć o sobie coś ważnego. Nie trzeba być dziewięćdziesięciolatkiem, by myśleć o przemijaniu i śmierci. Wystarczy, że umierają bliscy ludzie: przyjaciel, brat. Wtedy poza smutkiem pojawiają się refleksje o życiu. Moja jest pozytywna, dopingująca: nie wolno trwonić żadnej chwili, każdy dzień jest skarbem. Trzymam się kamedulskiego „Memento mori".

A czy fakt, że debiutował pan płytą jako dwudziestolatek, nie zmienia pana perspektywy?

To wielkie szczęście, że trafnie odczytałem moje powołanie. Jestem wierny swemu wyborowi, konsekwentny i nie mam innych planów. Kiedy wchodziłem w świat muzyki, marzyłem tylko o tym, by akceptowali mnie mistrzowie i by zarabiać na chleb.

Dziś pan sam jest mistrzem i daje zarabiać innym.

Oddaję to, co sam dostałem. Lubię też myśleć o tym, że Michał Anioł czy Leonardo da Vinci byli fachowcami, rzemieślnikami. Warto się zastanowić, kiedy padło po raz pierwszy określenie „artysta". Podejrzewam, że w XIX w., w romantyzmie. Oczywiście, ważny jest twórczy szał i emocje i jeśli są takie dodatki, które skupiają uwagę ludzi, to dobrze, bo mówimy o ponadprzeciętnym pięknie. Ale wszystko zaczyna się od rzemiosła.

Śpiewa pan w „Przyszedł czas na zmiany" o odejściu z domu dorosłych dzieci, a na płycie gra pan z dwoma synami.

To cudowne. Antoni, dźwiękowiec zespołu, grający na keyboardach, zdążył nagrać świetne partie, ale nie będzie dłużej grał z nami. Ma już na koncie album „Po niebie" z autorskimi kompozycjami. Zaskoczył mnie wielką kulturą muzyczną. A w piosence śpiewam o tym, że ojciec nie ma prawa, choć tęskni, przytrzymywać syna w domu lub obciążać go winą za to, że idzie własną drogą. Dzieci nie mogą być zakładnikami rodziców.

Wciąż gra w zespole syn Kuba.

I nigdzie się nie wybiera, a jednocześnie robi ciekawe rzeczy życie ze swoją partnerką. Jest dla mnie szczególnie cenny, bo śpiewa jak nikt inny.

Tytuł albumu – „Muzyka i słowa" – jest retro, prosty, wymowny. Taką formułę słyszało się kiedyś podczas zapowiedzi.

A kiedy ostatnio słyszał w radiu, że piosenkę Jeremiego Przybory i Jerzego Wasowskiego śpiewała Irena Kwiatkowska? Albo że słowa napisał C.K. Norwid, a muzykę skomponował Czesław Niemen? Kiedyś to było elementem obyczaju, kultury słowa. Teraz słyszymy, że piosenkę śpiewa ktoś, kto nic nie napisał i nie skomponował. A ja cenię porządek. Rzemiosło.

Tytuł „Muzyka i słowa" oznacza też, że po wielu płytach, na których śpiewał pan Szekspira, Miłosza, Leśmiana, Osiecką – wrócił pan do pisania tekstów.

Obiecałem to mojej żonie, kiedy strawiliśmy kilka lat na szukaniu spadkobierców Leopolda Staffa. W końcu się udało. Potem musiałem rejestrować piosenki z wierszami Czesława Miłosza i okazało się, że nie ma on podpisanej umowy z żadną organizacją zbiorowego zarządzania, a reprezentuje go wydawnictwo w Kanadzie. Były więc problemy ze śpiewaniem tekstów innych. Ale jest też taki powód, że coraz częściej przychodzili do mnie słuchacze i pytali, kiedy wrócę do tworzenia własnych tekstów. Uznałem, że powstało duże zapotrzebowanie społeczne!

Która piosenka była pierwsza?

„Nie ma ich" – o tym, że była z nami, a już nie ma, społeczność żydowska. Znam kilkunastu Żydów, wspaniałych ludzi w różnym wieku, rozsianych po całym świecie, ale nie wiem, ilu religijnych Żydów mieszka teraz w Polsce. Nigdy nie odpowiemy sobie na pytanie, co wstąpiło w ludzi, że doszło do Holokaustu. A najbardziej doskwiera mi sprawa Marca'68, kiedy wygnano z Polski wiele tysięcy. Chrześcijanie tak nie postępują. Buntuję się mocno przeciwko takim sytuacjom. Na szczęście są młodzi ludzie, którzy kultywują pamięć o pomordowanych i wygnanych. Znam takich, którzy pięknie odrestaurowali kirkut w Wąchocku. „Nie ma ich" napisałem cztery lata temu u przyjaciół w Ameryce, w górach Catskills, niedaleko Woodstock, gdzie mieszkał Bob Dylan. Byłem też w miejscu jego pamiętnego wypadku motocyklowego. Przeczytałem ponownie „Kroniki" Dylana, w których pisał o ciągłości anglosaskiego folku. To wszystko było inspirujące. Gdy jesteśmy w podróży, otwierają się nam w głowie różne szufladki pozamykane blisko domu. Jedenaście piosenek, które znalazły się na płycie, to owoc selekcji z większej całości. Gdy skończę kampanię promocyjno-koncertową, wracam do Masiewa i piszę dalej. Nagram płytę „Na drugą nóżkę".

Ale śpiewa pan też „Lubię wracać do Warszawy". Jak pan trafił na Saską Kępę?

Waletując u świętej pamięci przyjaciela Zbyszka Wegehaupta. Był przełom 1978/1979, współpracowaliśmy wówczas obaj z Extra Ball Jarosława Śmietany. Kiedy bywałem w Warszawie, Zbyszek zapraszał mnie do siebie na Walecznych, prowadziliśmy nasze kawalerskie życia w stolicy. Już wiedziałem, że trzeba będzie zamieszkać w Warszawie, a jeśli tak – to na Saskiej Kępie. Wychowałem się w Gliwicach, pięknym mieście ze starodrzewiem, a Saska Kępa też ma jednolitą architekturę, nie została zniszczona. Zdarza się art deco, a ulica Francuska jest wprost z moich marzeń. Za rogiem jest wiele kawiarni, restauracji, polska i światowa kuchnia, ale i tak chcę mieszkać na wsi i jestem bliski tego, bo kiedy śpię w ogrodzie – to tak jakbym dwa razy spał. Chodzi o to, że miasto poza gąszczem ulic i domów to cały system rur i kabli ukryty pod ziemią. I jeśli nawet miasto na powierzchni zasypia, podziemny system brumi nieprzerwanie, wydaje ultradźwięki. Są dotkliwe dla systemu nerwowego.

Na płycie dominują gitary.

Gram na gitarze rytmicznej, bo są w zespole gitarzyści z prawdziwego zdarzenia – Przemek Greger i Tomasz Jaśkiewicz. Ale komponowałem na gitarę, bo wiedziałem, że nie będę się wymądrzał i zagram prosto. Bo na fortepianie jestem bardziej kompetentny. Teraz jest szansa na to, że więcej ludzi dołączy do nas ze śpiewem lub grą na gitarze. Nigdy nie miałem ambicji bycia awangardzistą. W klasycznym myśleniu o piosence jest jeszcze dużo potencjału. Dlatego nagrałem prostolinijną płytę.

Co pan sądzi o młodych?

Dawid Podsiadło to świetny artysta. Przykuwa uwagę tysięcy słuchaczy i to on uosabia dziś główny nurt. Krzysztof Zalewski wspaniale zaśpiewał Niemena. Mamy wielu pianistów światowej klasy: Leszka Możdżera, Marcina Maseckiego, Marcina Wasilewskiego, Sławka Jaskułke, Piotra Orzechowskiego. Świat stoi przed nimi otworem.

W 1991 r. w obronie ofiar AIDS napisał pan „Tolerancję". Co pan powie po zamachu na prezydenta Adamowicza?

Bez wskazania kogokolwiek trzeba powiedzieć, że za dużo padło słów nacechowanych jadem i nienawiścią, które paść nie powinny. Ale jestem też skłonny przypisywać wydarzenie Szatanowi. Zamachowiec nie tylko dokonał zbrodni, ale i triumfalnie pochwalił się tym na estradzie. Czuję demona, aż mnie dreszcz przechodzi. I pytam, jakie słowa są najważniejsze w „Tolerancji"? „Dlaczego nie mówimy o tym, co nas boli otwarcie?". Trzeba myśleć swoje, ale powinniśmy też rozmawiać z każdym, zachowując wobec niego szacunek. Łatwe to nie jest i nie będzie. Ale bez tego nic się nie uda.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA