fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Literatura

Remigiusz Mróz: Statystyką udowodnisz wszystko. I tylko czasem prawdę

Mikołaj Starzyński/Wydawnictwo FILIA
„Nie zapewnię, że każda powieść o Chyłce zostanie zekranizowana. Na pewno to mogę potwierdzić, że jesienią pojawi się druga seria.” - mówi serwisowi rp.pl, najpopularniejszy żyjący pisarz w Polsce – Remigiusz Mróz.

W „Behawioryście” pisał pan: „Nie wiesz, że ludzie nie posiadają sekretów? To one posiadają ich”. Takimi sekretami między pisarzem a czytelnikami mogą być książki?

– Pewnie. Wydaje mi się, że każda książka to w pewien sposób niedostępne dla zewnętrznego świata spotkanie dwóch osób – tej, która powieść napisała i tej, która ożywia ją w swoim umyśle. Z natury rzeczy w takiej sytuacji wszystko staje się sekretem, zostaje otoczone pewnym nimbem tajemniczości i wchodzi do sfery prywatnej.

W Polsce przyjęło się powiedzenie: „Polacy nie czytają książek”, a tymczasem kogo nie spytać na ulicy o Remigiusza Mroza – każdy odpowiada poprawnie. Z czytaniem lektur w naszym kraju jest jak z disco-polo?

– Chyba nie, bo czytanie nigdy nie było i nie będzie obciachowe. Jeśli ktoś mija się z prawdą jako respondent badań statystycznych, to idzie raczej w drugą stronę, przyznając się do czytania trochę na wyrost. Ale rzeczywiście jest tak, że wyniki sprzedażowe mówią jedno, a dane państwowych instytucji co innego. W pewnym sensie trudno się dziwić, bo te same instytucje całą swoją rację bytu opierają właśnie na tym, by czytelnictwo krzewić. A poza tym nie od dziś wiadomo, że statystyką można udowodnić tak naprawdę wszystko. I tylko czasem prawdę.

Autograf czy fotografię z Remigiuszem Mrozem chciałoby mieć większość czytelników, nie tylko w Polsce. Ale nurtujące jest to, co myślał pan w chwili, gdy ktoś po raz pierwszy podszedł i powiedział: „Poproszę autograf” albo „Zrobimy sobie zdjęcie?”.

– To zawsze są dziwne momenty, bo człowiek zastanawia się nad tym, po co w ogóle komuś zdjęcie z nim albo jaką wartość ma jego niezbyt piękny bazgroł w książce. Mnie po raz pierwszy uderzyło to chyba podczas targów książki w Krakowie. Miałem swój niewielki stolik na stanowisku dystrybutora i byłem pewien, że będę siedział tam sam jak palec przez całą godzinę, jaka została przeznaczona na spotkania. Skończyło się na tym, że musieliśmy nieco przedłużyć, a ja po raz pierwszy uświadomiłem sobie wtedy na dobre, że jest naprawdę sporo osób, które czytają moje książki – i razem ze mną tworzą tę więź, od której zaczęliśmy rozmowę.

„Wieża milczenia” była pana debiutem literackim. Co skłoniło pana do napisania tej powieści i wejścia do świata literatury? Przykładowo pan Juliusz Machulski do aktorów mawiał: „Zróbmy jakiś film, bo nie ma co oglądać...”.

– Mniej więcej właśnie to, że nie było czego czytać. Skończyłem trylogię Stiega Larssona i, co brałem jakąś inną pozycję, coś mi nie grało. Styl nie ten, prowadzenie akcji nie takie, bohaterowie inni niż bym chciał… i tak dalej. Podobne momenty nadchodzą w karierze każdego pisarza – i to one sprawiają, że zamiast sięgać po kolejną lekturę i szukać tego, co chcemy przeczytać, zaczynamy pisać sami.

Gdyby nie pisanie książek, to Remigiusza Mroza znalibyśmy jako...

– Melancholijnego wykładowcę prawa konstytucyjnego, który… prawdopodobnie dręczyłby studentów podczas sesji, bo musiałby jakoś odreagować frustrację spowodowaną niemożnością pisania.

„Masz tempo jak krzyżówka genetyczna żółwia ze ślimakiem, Zordon” – ciężko odnieść te słowa z „Kasacji” do pana. Według oficjalnych źródeł pisze pan 365 dni w roku. Ale co się dzieje, gdy pojawia się chociażby przeziębienie?

– Nic się nie dzieje! Podobnie jest ze sportem – to, czy coś mi dolega, nie ma wielkiego znaczenia. Zdrowe podejście z pewnością to nie jest i czasem kończy się nie najlepiej, ale tak po prostu mam – trzymam się swojej rutyny, jak tonący brzytwy. Są książki, które pisałem z porządną gorączką i które wymagały potem większej niż zwykle redakcji. I zdarzało mi się biegać w takim stanie, że właściwie nie powinienem chodzić. Raz w zimie zostawiłem na śniegu długi ślad krwi lejącej się z nosa – i jak przystało na kryminalistę, byłem z dzieła niezwykle zadowolony (śmiech).

„Dla Ciebie więzieniem jest Rakowiecka, dla innych strach przed tym, co się o nich myśli, dla jeszcze innych maski, za którymi kryją się przed całym światem” – podążając za słowami z „Testamentu”, jakie jest więzienie dla Remigiusza Mroza?

– Na Rakowieckiej nie siedziałem, ale w gruncie rzeczy ten cytat odnosi się także do mnie. Oprócz tego trudno mi znaleźć cokolwiek, co mogłoby w moim życiu spełniać taką rolę – pisanie to świetna robota, bo sprowadza się właściwie do całkowitej wolności.

Pozostając przy serii o Chyłce, w Internecie można natrafić na komentarze, że E.L. James inspiracji dla fabuły swojej trylogii szukała w relacji Joanny i Kordiana. Jak reaguje pan na takie słowa?

– O tym akurat nie słyszałem, ale nieraz docierają do mnie odwrotne opinie, a mianowicie, że to ja powinienem nieco zainspirować się podobnymi lekturami i popchnąć do przodu relacje moich bohaterów… w wiadomym kierunku (śmiech).

TVN postawił na ekranizację „Zaginięcia”. Jakie myśli pojawiły się, gdy dowiedział się pan o tym?

– To była seria zaskoczeń, które zdawały się nie mieć końca. Każda nowa informacja, każda rozmowa i decyzja urealniały tę perspektywę coraz bardziej, ale właściwie do momentu uroczystej premiery trudno było sobie to wszystko wyobrazić. Teraz podobnie mam w przypadku Forsta – dopóki nie zobaczę go na ekranie, chyba nie do końca będę zdawać sobie sprawę z tego, że tam zmierza. Wrażenie jest dość surrealistyczne, jakby ktoś włamał się do mojego umysłu, wyjął z niego sceny i obrazy, a potem sam je namalował.

Pozostałe części przygód Chyłki i Kordiana również ujrzymy na ekranie?

– Nie wiem czy wszystkie, bo trochę się ich uzbierało – musielibyśmy zrobić przynajmniej dziewięć sezonów. Prace nad adaptacją Kasacji jednak już trwają, i drugi sezon „Chyłki” ma zadebiutować w Player.pl już tej jesieni.

Orson Scott Card w książce „Dzieci Umysłu” pisał: „Wiesz jacy są pisarze. Tworzą siebie, kiedy tworzą swoje dzieła. A może tworzą dzieła, aby stworzyć siebie”. Postać Joanny Chyłki ukazuje czytelnikom Remigiusza Mroza jako prawnika, a nie jako pisarza?

– Mam nadzieję, że nie, bo wyszedłbym na wyjątkowo bezwzględnego prawnika (śmiech). Ale po części z pewnością pokazuje mnie jako człowieka. Chyłce użyczyłem znacznie więcej siebie niż Kordianowi, choć zazwyczaj czytelnicy utożsamiają mnie właśnie z nim. Prawda jest jednak taka, że powstawał jako pewna antyteza do samego siebie. Przynajmniej na początku, bo im głębiej w las, tym więcej widzę punktów stycznych. I nie wiem do końca, czy on bardziej zbliża się do mnie, czy ja do niego.

Jakiś czas temu odbyła się gala Bestsellerów Empiku w Warszawie, gdzie w kategorii „Literatura polska” był pan nominowany za książkę: „Nieodnaleziona”. Po sześciu latach takie gale przeżywa się tak samo, jak uczeń stojący przed salą przed egzaminem dojrzałości?

– Gorzej! Nie wiem dlaczego, ale temu zawsze towarzyszy duże napięcie, bez względu na to, czy ktoś zajmuje się tym od roku, sześciu czy szesnastu lat. Nawet wprawieni aktorzy, którzy zjedli zęby na odbieraniu nagród, często mają problem z wyduszeniem kilku słów, kiedy wręcza się im kolejną statuetkę. Z czego to wynika? Nie mam bladego pojęcia. Oprócz tego po prostu nie przepadam za takimi wydarzeniami i zawsze chcę jak najszybciej uciekać z miejsc, gdzie tłoczno i głośno.

„Najlepsze pomysły pojawiają się w głowie, kiedy nie próbuje się jej przymuszać do myślenia” – cytując te słowa właśnie z „Nieodnalezionej”, można mieć wrażenie, że każda pana książka powstaje, gdy podąża pan za słowami z tego cytatu. Dlaczego?

– Bo moim zdaniem pisanie musi być naturalną czynnością. Czymś, co przychodzi samo, nie daje się ubrać w sztywne ramy i nie podąża za jakimkolwiek schematem. Są pisarze, którzy pracują w zupełnie inny sposób i tworzą niesamowite historie, ale u mnie działa właśnie to podejście – a przynajmniej w takim sensie, że daje mi najwięcej radości. Jeśli staram się nagiąć cały proces do swojej woli, bo chcę, żeby bohater zachował się tak a tak, albo żeby fabuła rozwinęła się w takim a nie innym kierunku, czuję, że zbliżam się do jakiegoś rodzaju fałszu. A tego każdy pisarz powinien bać się jak ognia, bo zazwyczaj zwiastuje jego nieuchronne fiasko.

Pana książki w 2019 roku będą zawierać politykę, prawo, kryminologię, czy jednak czytelnik może spodziewać się czegoś bardziej niespodziewanego?

– Polityki w tym roku będzie jak na lekarstwo, tak dla odmiany i zdrowia psychicznego (śmiech). Jesienią planuję w końcu wydać reedycję powieści science-fiction razem z jej kontynuacją, bo to moje oczko w głowie i jedna z książek, z których jestem najbardziej zadowolony. Oprócz tego w marcu pojawi się Chyłka, a później… postaram się zaskoczyć czymś nowym.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA