fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Literatura

Sukcesy i porażki Hajzera, herosa gór i bezwzględnego biznesmena

Artur Hajzer w bazie pod Makalu fot. Kacper Tekieli
Z lat 80. jest pamiętany jako partner Kukuczki, z 90. jako twórca Alpinusa, a w XXI wieku zapisał się Hajzer jako twórca programu Polski Himalaizm Zimowy. Nie był jednak postacią jednowymiarową, miał sporo wrogów - mówi Bartek Dobroch, autor książki „Artur Hajzer. Droga Słonia”, w rocznicę śmierci himalaisty, który zginął 7 lipca 2013 na stoku Gaszerbrum I w Karakorum.

Rp.pl: Dlaczego spośród tylu wspinaczy wybrał pan na bohatera książki właśnie Hajzera?

Bartek Dobroch: Był jedną z ostatnich znaczących postaci polskiego himalaizmu, której życie nie zostało opisane. W ostatnich latach powstały biografie Wandy Rutkiewicz i Jerzego Kukuczki, którzy zresztą sami zostawili po sobie kilka książek. Ta pierwsza pisała je między innymi ze zmarłą niedawno Ewą Matuszewską, autorką biografii Andrzeja Zawady. Powstał obszerny dwutomowy wywiad z Krzysztofem Wielickim oraz autobiograficzna książka Piotra Pustelnika. Artur Hajzer zostawił po sobie tylko niewielkich rozmiarów "Atak rozpaczy" - opowieść o swoich górskich początkach i złotych latach 80. wypełnionych wyprawami głównie z Kukuczką. Narzucał się więc sam jako kandydat na biografię, tym bardziej, że jawił się jako postać wielowymiarowa. Wielu ludzi darzyło go wielkim szacunkiem, ale miał też sporo wrogów, albo przynajmniej krytyków, osób mu niechętnych. To intrygowało.

Dlaczego to właśnie on stał się tak istotnym wspinaczem, pomimo braku sprzyjających warunków fizycznych?

Dlatego że świetnie odnalazł się w świecie polskiego himalaizmu, zdobył go sprytem i przebojowością. Talentami organizacyjnymi i żyłką krawiecką, która w siermiężnych czasach PRL-u, gdy sprzętu biwakowego wysokiej jakości i odzieży górskiej nie było w sklepach, trzeba było je wymyślić, uszyć, przyniosła mu pewną popularność w jego środowisku harcerskim i górskim, pomogła zdobyć sympatię kolegów zadowolonych z szytych przez niego anoraków, uprzęży wspinaczkowych czy stuptutów. Jednym z tych starszych kolegów, bo tak się złożyło - to pewnie wynik rozwodu rodziców, braku uczestniczącego w wychowaniu ojca i ogólnie kryzysu ojcostwa w rodzinie Hajzerów - że zawsze trzymał się starszych, był Jerzy Kukuczka. Niektórzy mówili, że zastąpił mu ojca. Z pewną przesadą, bo czas ich partnerstwa liny wypełniły już dorosłe lata życia Hajzera. To z nim stworzył duet, który odniósł jedne z największych polskich sukcesów w Himalajach w latach 80. Przede wszystkim zdobył uchodzącą wówczas za najbardziej niebezpieczny ośmiotysięcznik i do dziś traktowaną z ogromnym respektem, wręcz strachem, Annapurnę. Pokonał nowe drogi na Manaslu i Sziszapangmie. Na tej ostatniej Hajzer stanął z Kukuczką jako drugim człowiekiem na świecie, który zdobył Koronę Himalajów i Karakorum.

Z lat osiemdziesiątych jest pamiętany przede wszystkim jako partner Kukuczki. Z lat dziewięćdziesiątych jako twórca Alpinusa, pierwszego polskiego producenta odzieży górskiej i outdoorowej, który w warunkach raczkującego polskiego kapitalizmu i wolnego rynku osiągnął sukces i status marki kultowej. Z kolei w XXI wieku zapisał się Hajzer przede wszystkim jako twórca programu Polski Himalaizm Zimowy, który ożywił ideę Andrzeja Zawady i sprawił, że Polacy znowu zaczęli działać i odnosić sukcesy w swojej specjalności zimowym himalaizmie.

Na czym polega przełomowość książki „Artur Hajzer. Droga Słonia”?

Autorzy książek o górskich herosach często uginali się pod ciężarem wielkości himalaistów i ich osiągnięć, i pisali książki z pozycji kolan, unikając niewygodnych faktów, trudnych pytań, nie rozwijając wątków tragicznych, nie sięgając zanadto do pozagórskich historii w życiorysie swoich bohaterów, nie drążąc często w ogóle niegórskich rodzinnych opowieści. W ostatnich latach to się jednak zmienia. Udaną próbą zgłębienia trudnego charakteru Wandy Rutkiewicz była biografia autorstwa Anny Kamińskiej. Pytań o koszta zdobycia Korony Himalajów i Karakorum nie unikali autorzy biografii Kukuczki. Pisząc o Hajzerze podążyłem tą drogą, a nawet być może poszedłem jeszcze dalej. Starałem się pokazać nie tylko himalaistę, herosa, bohatera, człowieka sukcesu, ale też mężczyznę ciężko przeżywającego porażki, kryzysy, trudnego, czasem nieprzyjemnego, a nawet bezwzględnego biznesmena, faceta pełnego mniejszych i większych słabości, ukrytych za sarkastycznym, czarnym poczuciem humoru lęków, a w końcu osaczonego przez cienie padających zewsząd oskarżeń. Długo szukałem też formy, by w końcu stwierdzić, że dla opisania tak złożonej postaci nie musi ona być jednorodna. Jest więc w książce klasyczna biograficzna narracja z nielicznymi pierwszoosobowymi wstawkami dotyczącymi przeważnie moich kilku podróży śladami Hajzera, są liczne rozmowy i dłuższe monologi kilku znaczących postaci z jego życia, są wstawki z wyobrażonego scenariusza filmu o akcji ratunkowej pod Mount Everestem w 1989 roku, a nawet epizody prozatorskie wypełniające te nieliczne miejsca w biografii, których nie sposób opisać dokumentalnie, trzeba je sobie fabularnie wyobrazić.

Jak długo zbierał pan materiały do tej książki?

Praca nad książką rzeczywiście zajęła mi ponad trzy lata. Oczywiście nie były to lata, w których poświęcałem się jedynie Hajzerowi, pracowałem w tym czasie jako dziennikarz, przewodnik górski, podróżowałem trochę w związku z moją pracą po świecie od Ameryki Północnej po Azję, ale materiały na temat himalaisty zacząłem zbierać już w 2014 roku. Byłem w Nepalu, Bawarii, Innsbrucku, odwiedzałem związanych z Hajzerem ludzi od Zielonej Góry przez Wielkopolskę po Trójmiasto, najwięcej czasu spędzając oczywiście na jego rodzinnym Śląsku.

Jaka była najciekawsza rzecz, jaką ustalił pan zbierając materiały?

Myślę, że była to właśnie relacja, a głównie brak relacji z ojcem, znanym zwłaszcza na ziemiach zachodnich muzykiem, nauczycielem gry na skrzypcach, człowiekiem wielkich sukcesów i licznych wad. To rzeczywiście zaskakujące, że w żadnym ze wspomnień dotyczących Stanisława Hajzera nie znalazłem ani wzmianki o tym, że jest ojcem znanego himalaisty, natomiast w biogramach Artura Hajzera i rozmowach z nim próżno szukać wątków dotyczących muzycznych talentów w rodzinie oraz postaci cieszącego się do dziś pewną legendą i sławą w swoim środowisku ojca. Nawet w relacjach partnerów z wypraw, ludzi z którymi spędził długie tygodnie czy nawet miesiące w jednej bazie lub pod dachem jednego namiotu, nie pojawia się ani cień wspomnienia na temat trudnych relacji rodzinnych Artura Hajzera. Po prostu nie opowiadał o ojcu prawie nikomu, nie licząc swoich żon.

A jak sobie radzić z faktem, że relacje uczestników wydarzeń w górach czasem się różnią?

Trzeba przytaczać te sprzeczne relacje i szukać prawdy w tych sprzecznościach lub drobnych elementach stycznych w relacjach. Albo to poszukiwanie prawdy zostawić czytelnikom. Czasami trudno dziś po latach ustalić, które relacje są prawdziwe, chociaż mnie się to w kilku przypadkach udało. W wielu publikacjach powielane są błędy pierwszych nieprawdziwych lub nieprecyzyjnych relacji. Urastają one do rangi mitów. Jeden z nich mówił, jakoby Kukuczka z Hajzerem ze szczytu Sziszapangmy zjechali na nartach. Gdy tymczasem faktycznie para nart na szczycie ośmiotysięcznika była jedna i skorzystał z niej jedynie Kukuczka.
Tam gdzie nie da się ponad wszelką wątpliwość ustalić prawdy, pozostaje konfrontować różne relacje albo wsłuchać się w głosy świadków, jeśli ci jeszcze żyją, ostatecznie posłuchać ekspertów.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA