fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Literatura

Salman Rushdie mówi o Ameryce

?70-letni Salman Rushdie na spotkaniu w Warszawie
pap/rafał guz
Pisarz spotkał się z czytelnikami w Warszawie na promocji swej nowej powieści „Złoty dom Goldenów”.

Jak na wieczór autorski środki bezpieczeństwa były nietypowe. Czytelnicy, którzy przyszli na spotkanie z 70-letnim autorem „Szatańskich wersetów”, musieli przejść przez bramkę kontrolną, a sali Teatru Powszechnego na warszawskiej Pradze pilnowała ochrona. Pikanterii dodawał fakt, iż powieściopisarz, wobec którego ajatollah Chomeini 27 lat temu wygłosił fatwę z muzułmańskim wyrokiem śmierci, gościł na deskach teatru, gdzie jeszcze kilka miesięcy temu protestowano przeciwko „Klątwie” Olivera Frljicia.

Tym razem jednak ekscesów i skandalu w Powszechnym nie było, spotkanie przebiegło w spokojnej atmosferze, pod znakiem żartów, którymi gość nieustannie sypał.

Po ostatniej powieści „Dwa lata, osiem miesięcy i dwadzieścia osiem nocy” (2015), osadzonej w konwencji baśni i realizmu magicznego, Rushdie skierował się ku bardziej realistycznej prozie. Nowa powieść laureata Nagrody Bookera, od lat typowanego do Nobla, ukazała się u nas w ubiegłym tygodniu w przekładzie Jerzego Kozłowskiego i nosi tytuł „Złoty dom Goldenów”.

Rushdie szkicuje w niej dwie historie. Pierwszy wątek to opowieść o mafii z Bombaju, zaskakująco blisko powiązanej z islamskimi terrorystami z Pakistanu. Przeprowadzili oni w 2008 r. serię dziesięciu zamachów terrorystycznych w różnych punktach miasta, w których zginęło 175 ludzi. Druga opowieść to realistyczny portret Ameryki, która w czasie rządów Baracka Obamy bardzo się zmieniła.

Jak pisarzowi udało się połączyć te dwa światy? – Wyobraziłem sobie trójkąt, na którego wierzchołkach znajdują się bombajscy mafiozi, dżihadyści i celebryci – opowiadał. – Pomyślałem, że gdybym stworzył postać znajdującą się w centrum tego trójkąta, byłby to dobry punkt wyjścia opowiedzenia historii. Tak narodził się Neron Golden, który z rodziną próbuje uciec przed przeszłością i wyjeżdża do Nowego Jorku. Tam buduje nowe życie i przybiera nową tożsamość.

Stylistykę książki Rushdie określił jako „realizm operowy” – w hiperrealistycznie opisanym świecie rozgrywa się historia trochę większa niż rzeczywistość.

Brytyjsko-indyjski pisarz nie tylko opowiadał o nowej powieści, ale też omawiał obecną sytuację społeczno-polityczną na świecie i odpowiadał na pytania publiczności. Żartował z podobieństwa Donalda Trumpa do Jokera z filmów o Batmanie. Stwierdził, że jego prezydentura świadczy o tym, że nie żyjemy w czasach superbohaterów, ale raczej w czasach ludzi superniebezpiecznych. – Niepokoi mnie, że w popkulturze umacniana jest wiara w to, że tylko istoty z innego wymiaru mogą uratować świat – przestrzegał, ale jednocześnie przyznawał, że podobała mu się kinowa opowieść o Wonder Woman.

Pisarz wskazywał swoich ulubionych reżyserów filmowych (Kieślowski, Bunuel, Fellini), a także mówił o nowojorskich powieściach, które inspirowały go w pracy nad nową książką (m.in. „Plac Waszyngtona” Jamesa i „Wiek niewinności” Wharton).

Nie chciał wypowiadać się na temat sytuacji w Polsce, której – jak twierdził – nie zna. Za to chętnie mówił o Ameryce, w której mieszka od prawie 20 lat. Jego zdaniem przyczyną klęski demokratów i zwycięstwa Trumpa były podziały wśród skłóconej lewicy i liberałów, a także unosząca się nad społeczeństwem apatia i obywatelska bierność.

– W stanach, które poparły Donalda Trumpa, wizja mieszkańców, ich opowieść o świecie kompletnie nie przystaje do opowieści z San Francisco czy Nowego Jorku oraz innych miejsc, gdzie poparto Hillary Clinton – mówił Salman Rushdie. – A już najbardziej niepokoi mnie krytyczny stosunek do uniwersytetów, które według wielu wyborców Trumpa są siedliskiem bezbożności i przyczółkiem lewicy. Niepokoi mnie to choćby dlatego, że sam jestem profesorem akademickim.

Jednocześnie wyraził zrozumienie dla różnic dzielących społeczeństwo: – Podział leży w naturze demokratycznego społeczeństwa i niepotrzebne nam społeczeństwo, w którym wszyscy będą się ze wszystkimi zgadzać – podkreślał. – Czasami zaś bardziej niż radykalna prawica martwi mnie sekciarstwo na lewicy, która w Ameryce jest coraz bardziej skłócona.

Na filozoficzne pytania z widowni („Co to znaczy być człowiekiem?”) robił żartobliwe uniki: „Być człowiekiem to znaczy nie być kozą”.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA