14 lat dzieli pierwsze wydanie „Wielkiej Trwogi” Marcina Zaremby od właśnie ukazującego się wydania drugiego. Tajemnicą pozostaje, dlaczego aż tyle lat trzeba było na nie czekać i nie zamierzam jej zgłębiać. Wiem za to, że w ciągu tych kilkunastu lat społeczna pamięć o doświadczeniu lat bezpośrednio po wojnie wydobyła na powierzchnię rodzinne sekrety, rzeczy, o których się nie mówi, a które wykrzykuje się przez sen. I dała nam coś jeszcze: nazywając wreszcie strach po imieniu, dała nam nie tylko głębokie poczucie zrozumienia, ale również odwagę przyznania się do bycia poranionym.