fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kronika przepowiedzianej katastrofy

Tomasz Terlikowski: Kardynał Dziwisz sam się o to prosił

Fotorzepa/ Piotr Guzik
Lektura ujawnionego przez ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego listu do kardynała Stanisława Dziwisza wstrząsa. Lista wykropkowanych, ale ze szczegółami opisanych duchownych, których wiarygodnie oskarżano o rozmaite przestępstwa seksualne, jest długa i zawiera osoby naprawdę ważne, by wymienić tylko jednego z odpowiedzialnych za historyczną część procesu beatyfikacyjnego i kanonizacyjnego Jana Pawła II.

Z tego, co wiadomo – oficjalnie i nieoficjalnie – z większością z tych spraw nic nie zrobiono. Ks. Tadeusz, gdy wezwano go po naszej wspólnej książce sprzed lat na przesłuchanie przed Radą Kapłańską, uczciwie je opisał i zostawił to w rękach kardynała. I co? I nic! Kardynał nie załatwił tych spraw, a gdy jedna z nich wypłynęła i okazało się, że powinien o niej wiedzieć, zaczął atakować księdza Isakowicza-Zaleskiego, grożąc mu i oskarżając o kłamstwo. Można więc powiedzieć, że list został opublikowany na jego wyraźną prośbę. Chciał się skompromitować i mu się to udało.

Teraz jednak, znowu na własne życzenie, kardynał Dziwisz wyjścia nie ma. Kuria krakowska, arcybiskup Marek Jędraszewski i sam emerytowany metropolita powinni każdą z tych spraw wyjaśnić do końca. Co wiedziano, od kiedy, co zrobiono, a czego nie, kto za to odpowiada. Konkretnie. Czarna księga zaniedbań archidiecezji krakowskiej. Ale to nie wystarczy. Trzeba też – tam, gdzie jest to możliwe – pociągnąć do odpowiedzialności tych, którzy zaniedbali swoje obowiązki, nie wypełnili procedur, a przede wszystkim nie dochowali wierności najbardziej fundamentalnym zasadom moralności chrześcijańskiej i odpowiedzialności za najmłodszych. Zwykłe przepraszam nie wystarczy, trzeba konkretnych kar, być może rezygnacji, pełnego rozliczenia. To już nie są żarty, bo tak się składa, że powierzenie historycznej części procesu beatyfikacyjnego i kanonizacyjnego św. Jana Pawła II TW „Junakowi" dokonało się już po tym, jak wiadomo było, o co osoba ta jest oskarżana. Jeśli ktoś chciał rzucić cień na kanonizację, to mu się udało; jeśli uważał, że to nie wyjdzie, to znaczy, że był – i to jest bardzo delikatne określenie – mało roztropny.

Trudno nie dostrzec, że ta sprawa jest niezwykle ważnym testem na wiarygodność zapewnień obecnego metropolity krakowskiego o walce z rozmaitymi ideologiami. Często i mocno potępia on ideologię panseksualizmu czy postulaty środowisk LGBT, teraz może pokazać – inaczej, niż miało to miejsce w Poznaniu, gdzie chlubnie w tej sprawie się nie zapisał – że równie poważnie traktuje przestępstwa seksualne czy chronienie rozmaitych lobby, w tym lawendowego, w Kościele. Jeśli tego nie zrobi, jeśli nie powoła rzetelnej komisji, takiej, w której skład będą wchodzić także świeccy, i to spoza diecezji, znani z tego, że nie tyle chcą się przypodobać kościelnym władzom, ile wyjaśnić sprawy, to będzie to smutny dowód na to, że dla walki arcybiskupa z pewnymi zjawiskami właściwa jest moralność Kalego. Owszem, walczymy z nimi, ale u innych, bo u siebie nie tylko je tolerujemy, ale nawet pozwalamy im kwitnąć. Nie jestem dobrej myśli w tej sprawie, ale jasno pokazuję, że innej drogi – jeśli chce się zachować wiarygodność – nie ma.

Trzeba jasno i zdecydowanie powiedzieć, iż milczenie, udawanie, że nie ma tematu, przeczekiwanie sprawy, atakowanie tych, którzy mają odwagę mówić o problemie, grożenie im sądami, to prosta droga do kompromitacji. I to nie tylko kardynała Dziwisza, ale także wielu innych osób i wreszcie samej instytucji Kościoła. Ofiary mają prawo do prawdy, ludzie, którzy walczyli o sprawiedliwość, mają prawo do prawdy. I wreszcie – jeśli Kościół ma być wiarygodny w swoim nauczaniu – nie może się obawiać prawdy. Nawet tej najtrudniejszej.

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA