fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Koronawirus SARS-CoV-2

Laboratoria w pogoni za szybkimi testami na koronawirusa

Bruksela przed jednym z ważniejszych szpitali, Erasme, przyjmujących chorych na koronawirusa
AFP
Laboratoria na całym świecie pilnie poszukują nowych sposobów szybkiego wykrycia koronawirusa u zarażonych.

Politycy i eksperci przyznają, że bolesna dla ludzi i katastrofalna dla gospodarki strategia zamykania wszystkich w domach ma swoje ograniczenia. Owszem, pomaga spłaszczyć krzywą zachorowań, ale nie pozwala na powrót do normalnego życia, bo nie wiemy, ilu jest naprawdę zarażonych, kto już przeszedł przez chorobę i nie stanowi zagrożenia dla innych, a kto mimo braku symptomów właśnie zaraża.

W Belgii według stanu na czwartek było 6235 zarażonych, ale eksperci uważają, że prawdziwa liczba jest przynajmniej dziesięciokrotnie wyższa.

A to dlatego, że z braku testów i personelu do ich analizy sprawdza się próbki pobrane tylko od osób w gorszej formie.

Wielka belgijska mobilizacja

Większość kontaktuje się przez telefon z lekarzami rodzinnymi, opisuje symptomy i zostaje w domach. Ale taka sytuacja na dłuższą metę jest nie do utrzymania, bo stan „uwięzienia" (po francusku „confinement") musiałby trwać w nieskończoność. Stąd niespotykana mobilizacja belgijskich lekarzy i laboratoriów, motywowanych przez rząd, w celu znalezienia szybkich i tanich testów.

Chodzi po pierwsze o to, żeby było ich więcej, bo te klasyczne są teraz w deficycie. Po drugie, żeby dawały one szybciej wynik. Po trzecie wreszcie, żeby można je było przeprowadzać bez angażowania wyspecjalizowanych kadr.

Efekty tych działań przyszły nadspodziewanie szybko. Już w przyszłym tygodniu belgijskie szpitale zaczną stosować testy opracowane przez firmę Coris BioConcept we współpracy z klinikami uniwersyteckimi, które dają wynik już po 15 minutach zamiast dotychczasowych około 24 godzin.

Potrzebna jest do nich próbka wydzieliny z nosogardła, ale oparte są one na metodzie tzw. antygenu, innej niż te tradycyjne. Ich wiarygodność oceniana jest na 70 procent, przy czym jest 100-procentowa dla wyników pozytywnych. To oznacza, że będzie można znacznie odciążyć nieliczne wyspecjalizowane laboratoria realizujące tradycyjne testy.

Najpierw będzie można na miejscu w szpitalach przeprowadzać i oceniać testy szybkie, a do laboratoriów wysyłać już tylko próbki od osób zweryfikowanych negatywnie.

– Stosujemy strategię stopniowego zwiększania liczby testów z 2 tysięcy do 10 tysięcy dziennie, w ścisłej współpracy ze szpitalami i laboratoriami szpitalnymi - powiedział Philippe De Backer, minister rządu federalnego, odpowiedzialny za tę inicjatywę.

Na innych kontynentach

Nowa metoda została zaakceptowana przez agencję federalną, ma też certyfikat unijny. Równolegle do Coris BioConcept prace nad testami prowadzi też inna belgijska firma Biogazelle, która z kolei koncentruje się na upraszczaniu tradycyjnych testów, tak aby można było ich używać przy mniejszej ilości deficytowych i kosztownych odczynników.

Testów szuka się nie tylko w Belgii. W USA federalna agencja leków zatwierdziła test 45-minutowy opracowany przez kalifornijską firmę Cepheid. Już w najbliższych dniach zestawy będą dostarczane do amerykańskich szpitali.

Podobnie jak w wypadku testów belgijskich na razie nie przewiduje się ich wykonywania u lekarzy rodzinnych, a tylko w warunkach szpitalnych. To wynika zarówno z faktu, że testów jest ciągle zbyt mało, a na razie kluczowa jest segregacja pacjentów w szpitalach.

Poza tym w Belgii, przynajmniej na razie, są obawy, że pobieranie wydzieliny z nosogardła u lekarza rodzinnego, które nie ma wszystkich środków ochronnych, byłoby zbyt niebezpieczne i mogłoby prowadzić do rozprzestrzeniania się wirusa.

Punktem odniesienia dla innych państw jest teraz Korea Południowa, która szybko zatrzymała rozprzestrzenianie się Covid-19 właśnie dzięki zakrojonym na szeroką skalę testom. Do opracowywania różnych testów zmotywowała koreańskie firmy i jest obecnie w stanie badać 20 tysięcy próbek dziennie.

Równolegle do opracowywania własnych testów państwa najbardziej teraz dotknięte epidemią, czyli Europa i USA, chcą kupować testy z Azji. Wielka Brytania ma ambicję testowania milionów ludzi dzięki zestawom dostarczanym im, a następnie odbieranym przez Amazon. Zestawy zostały sprowadzone z Azji i miałyby badać obecność przeciwciał poprzez analizę krwi. Ich wiarygodność jest teraz sprawdzana i rząd zapowiedział, że jeśli ocena będzie pozytywna, to wysyłka rozpocznie się w przyszłym tygodniu. – Kluczowe jest, czy one są bardzo dokładne. Jeśli tak, to zrobimy wszystko, żeby jak najszybciej je udostępnić. Ale jeśli nie są precyzyjne, to ich nie udostępnimy – powiedział Chris Whitty, główny doradca rządu ds. zdrowia.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA