fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Konflikty zbrojne

Nowy front wojny: tureckie porachunki z Kurdami

Wielu nowych uchodźców w Syrii nie wierzy w turecką strefę bezpieczeństwa
AFP
Interwencja Ankary w Syrii otwiera nowy front wojny domowej i grozi kolejną falą imigracji, także do Europy.

Lotnicze i artyleryjskie ataki na ponad 180 celów po syryjskiej stronie granicy rozpoczęły w środę wieczorem inwazję tureckich sił na obszar Syrii. W pierwszych godzinach operacji naliczono ponad 20 zabitych, w tym cywilów. Rannych zostało kilkakrotnie więcej. Ataki przeprowadzono przede wszystkim na cele znajdujące się w rękach Kurdów syryjskich.

Po nich do akcji wkroczyła doskonale wyszkolona i świetnie uzbrojona armia turecka, posuwając się z wolna na południe oraz wschód. Cała operacja nosi nazwę „Wiosna pokoju".

Groźby Erdogana

Na drogach pojawiła się natychmiast rzesza uchodźców. Ci ludzie nie zmierzają do Turcji, jednak destabilizacja w regionie stosunkowo spokojnym zamieszkanym przez 2–3 mln mieszkańców przywołała wspomnienia fali imigrantów do Europy sprzed czterech lat.

– Hej UE, obudź się! Powtarzam, że jeżeli będziecie próbowali przedstawić naszą operację jako inwazję, to otworzymy bramy i 3,6 mln ludzi przybędzie do was – odpowiedział na to prezydent Erdogan. Nieco wcześniej turecki ambasador w Paryżu został wezwany do francuskiego MSZ, gdzie usłyszał, sporo gorzkich słów o „Wiośnie pokoju".

Dla kogo strefa bezpieczeństwa?

Jak zapewnia prezydent Turcji Recep Tayyip Erdogan, celem całej operacji jest ustanowienie strefy bezpieczeństwa po południowej stronie granicy. Miałaby mieć ponad 400 km szerokości i sięgać 30 km w głąb Syrii. To tam mieliby znaleźć schronienie uchodźcy syryjscy z terenów, gdzie nadal toczy się wojna domowa, jak i ci spośród 4 mln przybywających od lat w Turcji , którzy chcieliby wrócić do kraju. W dodatku przy finansowym wsparciu UE, jak postuluje Ankara.

Jednak nie tylko o dobro uchodźców w całej operacji chodzi. – Zasadniczym celem jest ograniczenie władzy na tych obszarach przez Kurdów syryjskich, którzy w ostatnich latach utworzyli w tym regionie quasi-państwo – tłumaczy „ Rzeczpospolitej" Gunther Mulack, szef Niemieckiego Instytutu Orientalnego w Berlinie.

Samozwańczą autonomią kurdyjską rządzi Partia Unii Demokratycznej (PYD), będąca w sojuszu z Partią Pracujących Kurdystanu (PKK), z którą Turcja prowadzi wojnę od czterech dekad. Ten sojusz jest szczególnie niebezpieczny dla Turcji, podsycając w kraju nastroje separatystyczne w południowo-wschodnich regionach kraju.

Zbrojnym ramieniem PYD są Powszechne Jednostki  Ochrony (YPG) liczące kilkadziesiąt tysięcy bojowników.

Kontrolują obszar o powierzchni jednej piątej terytorium Syrii. Znaczna jego część była jeszcze niedawno we władaniu samozwańczego kalifatu ISIS ze stolicą w Rakce, zrównaną niemal z ziemią przez bojowników kurdyjskich. To oni byli głównym sojusznikiem USA oraz koalicji walczącej ze zbrodniczym kalifatem, za co zapłacili 11 tys. zabitych peszmergów, czyli bojowników.

Z tej racji znajdowali się pod szczególną ochroną Waszyngtonu, który utrzymywał na terenach kontrolowanych przez Kurdów początkowo 2,5 tys., a ostatnio ponad tysiąc żołnierzy mogących w każdej chwili liczyć na wsparcie z powietrza.

Zielone światło dla Ankary

Żadna interwencja Turcji przeciwko PYD nie była w tej sytuacji możliwa, co prowadziło do stałych napięć na linii Waszyngton–Ankara. Już w grudniu ubiegłego roku Donald Trump zapowiedział wycofanie amerykańskich oddziałów. Zmienił zdanie pod wpływem wojskowych. Kilka dni temu zmienił je jeszcze raz, wystawiając siły kurdyjskie na cel wojsk tureckich.

– Turcy zaatakowali, bo mają prawo niepokoić się o swoje bezpieczeństwo z powodu terrorystycznego zagrożenia południowych granic – tłumaczył Trump w czwartek. Dodał, że USA nie popierają ataku Turcji, „Kurdów lubimy" mimo „że nie pomogli nam w Normandii" w czasie II wojny światowej. Było to nawiązanie do treści jednego z artykułów w amerykańskich mediach.

– Nie ulega wątpliwości, że błędem amerykańskiej polityki było oparcie się na PYD, co sprawia, że porzucenie obecnie sojusznika jest jasnym sygnałem, zwłaszcza w regionie, że USA nie są wiarygodnym partnerem – mówi „Rzeczpospolitej" Nadim Shehadi.

Zwraca uwagę, że PYD nie reprezentuje bynajmniej wszystkich Kurdów syryjskich ani też całej ludności terenów, na których sprawuje faktyczną władzę. Poza tym jest to partia o proweniencji marksistowsko-leninowskiej i pozostaje w poprawnych relacjach z reżimem prezydenta Asada, a także z władzami irańskimi.

– Zdecydowanie ważniejszym sojusznikiem USA w regionie jest Turcja niż Kurdowie – tłumaczy Nadim Shehadi, dyrektor nowojorskiej filii Libańsko–Amerykańskiego Uniwersytetu w Bejrucie.

Niewykluczone, że Kurdowie z PYD szukać będą obecnie wsparcia w Damaszku i Teheranie. Mają jednak sporą kartę przetargową w postaci losu 1–12 tys. bojowników ISIS, którzy znajdują się w ich więzieniach przypominających obozy koncentracyjne. – Zostaliśmy zmuszeni do przerzucenia naszych żołnierzy z tych miejsc na front walki – poinformował rzecznik PYD. Oznacza to, że tysiące bojowników kalifatu może znaleźć się wkrótce na wolności i podjąć próbę odbudowy struktur samozwańczego państwa islamskiego.

– Najbardziej niebezpieczni z tych ludzi zostali już przetransportowani w bezpieczne miejsca – zapewnił w środę prezydent Trump.

Obawy co do odrodzenia się ISIS zgłosiła szefowa unijnej dyplomacji Federica Mogherini, zaznaczając, że UE nie będzie uczestniczyć finansowo w tworzeniu strefy bezpieczeństwa na północy Syrii.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA