fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze

Jerzy Haszczyński: Fort Trump w Polsce i operacja Iran

P.o. sekretarz obrony USA Patrick Shanahan
AFP
Fort Trump wart jest dużej ceny. Niedobrze by jednak było, gdybyśmy zapłacili zań wysłaniem polskich chłopców na wojnę do Iranu.

Jesteśmy blisko osiągnięcia strategicznego celu – Fortu Trump, niezwykle silnego zbliżenia się ze Stanami Zjednoczonymi więzami militarnymi na dekady. Rozpowszechniony przez prezydenta Andrzeja Dudę termin pomógł przyciągnąć uwagę świata, a w szczególności Amerykanów, do sprawy bezpieczeństwa Polski i naszego regionu w czasach moskiewskiego neoimperializmu. To, że nie kryje się za nim postawienie w Polsce wielkiej amerykańskiej twierdzy z fosą, było już od dawna jasne. Chodzi o jak najściślejszy sojusz polityczno-militarny (w tym więcej amerykańskich żołnierzy na naszym terytorium). Ma się on stać faktem 12 czerwca, gdy Donald Trump będzie przyjmował prezydenta Polski w Waszyngtonie.

Zwiększenie naszego bezpieczeństwa na lata – to byłby wielki sukces PiS. Zrozumiałe, że zależy mu, by można go było ogłosić przed jesiennymi wyborami. Padłby kolejny argument opozycji – o tym, że ponoć tylko ona radzi sobie w sprawach międzynarodowych.

Pytanie, czy w związku z tym władze nie są w stanie zapłacić ceny zbyt dużej? Nie byłyby nią raczej spodziewane zwycięstwa amerykańskich koncernów w przetargach – wojskowych i nie tylko.

Donald Trump wszczął kilka konfliktów na świecie, najniebezpieczniej wygląda ten z Iranem. Gdyby przerodził się w wojnę z ajatollahami – a jej ryzyko jest duże i bliskie w czasie – pojawiłby się problem zaangażowania Polski. Wplątanie w wojnę o nieprzewidywalnych skutkach i skali to dla nas czerwona linia, zwłaszcza gdyby miało to polegać na wysłaniu tysięcy polskich żołnierzy do walk lądowych.

Już raz stanęliśmy po stronie Amerykanów, wkraczając 16 lat temu do Iraku. Dlaczego nie mielibyśmy tego zrobić w sąsiednim Iranie? Między innymi dlatego, że wiemy, jak skończyła się tamta interwencja – kryzysem imigracyjnym, nasileniem terroryzmu islamskiego, wyrzynaniem chrześcijan na Bliskim Wschodzie (wymieniam tylko to, co budzi zainteresowanie w kampaniach wyborczych w Polsce). Zrobiliśmy to również dlatego, że zostaliśmy wprowadzeni w błąd przez administrację George’a Busha. Saddam Husajn nie współpracował – jak mu zarzucała – z Al-Kaidą i nie miał gotowej do użycia broni masowego rażenia. Po takich doświadczeniach ostrożnie należy podchodzić teraz do podszeptywanych przez Amerykanów i Izraelczyków powodów ewentualnej interwencji w Iranie.

Jest też wymiar czysto militarny. Iran to nie jest Irak z czasów Saddama. To wielkie górzyste państwo z pół milionem żołnierzy i wielokrotnie większą liczbą bojowników z organizacji paramilitarnych gotowych do męczeństwa. Skoro Amerykanie nie odnieśli sukcesu w Iraku (dziś zresztą w znacznym stopniu uzależnionego od Iranu), jak zamierzają to osiągnąć w dużo silniejszej Republice Islamskiej?

Trzy miesiące temu Polsce udało się coś niezwykłego. Zorganizowała na prośbę Amerykanów konferencję bliskowschodnią. Konferencja podzieliła państwa zachodnie, uchodziła za antyirańską i miała doprowadzić do obniżenia przez Teheran rangi stosunków z Warszawą. Nic złego się nie stało, w deklaracji końcowej Iran nie został w ogóle wymieniony, mina została rozbrojona przez polskich dyplomatów. Trzeba się trzymać metody zastosowanej w czasie lutowej konferencji. Działać jak supersojusznik Ameryki, ale nie iść na wojnę z Iranem.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA