fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze ekonomiczne

Andrzej Stec: Żarty się skończyły

Adobe Stock
Już drożeją, a za chwilę mogą podrożeć wręcz skokowo, produkowane dobra: począwszy od mebli, wielu artykułów spożywczych, a kończąc na samochodach.

Wczoraj kukurydza, pszenica czy drewno. Dzisiaj ropa, miedź, aluminium czy stal. Co je łączy? Rosnące z miesiąca na miesiąc ceny na światowych giełdach surowców. Obok rocznych zwyżek rzędu kilku, kilkunastu procent można by przejść obojętnie. Wszak taka zmienność to chleb powszedni na rynkach. Obserwowany w ostatnich miesiącach wzrost sięga już jednak kilkudziesięciu procent, a dla ropy – nawet 139 proc. (choć w tym przypadku dynamika wynika z bardzo niskiej bazy porównawczej sprzed roku).

Oficjalnym i najbardziej logicznym wyjaśnieniem tej sytuacji jest wracająca do zdrowia globalna gospodarka, a w niektórych przypadkach wręcz gwałtowne odbicie i odreagowanie po trwającym ponad rok covidzie i tzw. lockdownie. Najlepiej widać to po mocno zatłoczonych ostatnio ulicach Londynu.

Mniej oficjalne wyjaśnienie: to zasługa banków centralnych, które zalały i wciąż zalewają świat drukowanym na potęgę pieniądzem – dolarem, euro czy funtem. A to wszystko przy ultraniskich, nawet gdzieniegdzie wciąż ujemnych stopach procentowych. Część z tego „rządowego" czy „bankowego" strumienia gotówki przelewa się właśnie na giełdy, w tym surowcowe, podbijając sztucznie ceny. Pozostaje tylko pytanie o proporcję wpływu tzw. helicopter money i odbicia realnej gospodarki.

Żarty się skończyły. Już drożeją, a za chwilę zapewne podrożeją wręcz skokowo, produkowane dobra: począwszy od mebli, wielu artykułów spożywczych, a kończąc na samochodach. I jest to scenariusz globalny. Firmy, nie mając bowiem wyboru, zrekompensują sobie wysokie ceny surowców wyższymi cenami produkowanych dóbr. Zresztą, patrząc chociażby na marcowe ceny producentów – czy to w Polsce, czy w Niemczech – już tak robią. W zależności od sektora i cyklu produkcyjnego reakcja może być tylko szybsza bądź nieco opóźniona.

Jakby tego było mało, swoje robią wciąż zakłócone w wielu branżach łańcuchy dostaw, ograniczające ich moce i możliwości produkcyjne. Podaż nie zawsze jest więc w stanie sprostać rosnącemu popytowi. Mówimy o rynku, więc to kolejny powód do wzrostu cen produkowanych dóbr. Kwestią czasu pozostaje pojawienie się kolejnego czynnika kosztotwórczego, a następnie cenotwórczego: żądań podwyżek wynagrodzeń wysuwanych przez pracowników.

Niestety, największymi ofiarami tej sytuacji są konsumenci. I to podwójnie. Zarabiane przez nas pieniądze w coraz szybszym tempie tracą siłę nabywczą. W uproszczeniu: za tę samą sakiewkę możemy sobie pozwolić na coraz mniej. Ponadto wysoka inflacja po cichu zbiera żniwo i zjada realną wartość naszych oszczędności. Kto więcej oszczędził na lokacie czy w obligacjach, ten więcej straci.

Największym beneficjentem drożejących surowców, a w konsekwencji jeszcze wyższej w przyszłości inflacji, są za to rządy poszczególnych państw. I również na co najmniej dwóch płaszczyznach. W łatwy sposób zwiększają się ich wpływy budżetowe, ale przede wszystkim coraz łatwiej uporać się im z obsługą szybko rosnących nominalnie państwowych długów, coraz mniej wartych w realnym ujęciu.

Przenosząc to na nasze podwórko, jeszcze kilka lat temu niektórzy ekonomiści martwili się np. o wysoki koszt programu 500+, sięgający rocznie ok. 40 mld zł. Inflacja, która zresztą towarzyszy nam już od kilku lat, i nie najlepsze perspektywy z nią związane sugerują, że ten stały, nominalny koszt dla budżetu ciąży realnie coraz mniej. Przynajmniej na razie, do czasu waloryzacji, która być może pojawi się już w najbliższej kampanii wyborczej.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA