fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Historia

Wielka tajemnica Krzysztofa Kolumba

Wikimedia Commons
Jedna z najbardziej intrygujących hipotez historycznych ostatnich lat mówi, że Krzysztof Kolumb wcale nie był genueńskim żeglarzem, ale synem polskiego króla Władysława Warneńczyka. Dowody potwierdzające tę teorię są bardzo przekonujące.

Dla Włochów i Hiszpanów Krzysztof Kolumb jest bohaterem o niemal mitycznym statusie. Pierwsi z dumą podkreślają, że tylko Genueńczyk mógł pokonać Atlantyk. Drudzy wierzą, że Kolumb był darem od Boga, aby rozsławić imię Hiszpanii na całym świecie. Ten niemal bałwochwalczy stosunek do Kolumba powoduje, że wiele faktów z jego życia przekręcono lub przeinaczono. Szczególnie dużo wątków o wątpliwej wiarygodności stworzył syn wielkiego żeglarza Hernando Kolumb, zwany też Fernandem, dyplomata króla Hiszpanii i cesarza rzymskiego Karola V. W 1538 r. napisał on „Dzieje żywota i znamienitych spraw admirała don Krzysztofa Kolumba", książkę, która do dzisiaj jest uważana przez większość historyków za podstawowe źródło wiedzy o odkrywcy Ameryki. W rzeczywistości jest w niej wiele opowieści, które w świetle najnowszych badań wydają się mało wiarygodne.

Czytaj także:

Wielka mistyfikacja: Kim był Krzysztof Kolumb?

Portugalska flota Jana II była bez wątpienia najlepiej zorganizowaną i wyposażoną armadą tamtej epoki. Jednocześnie wszystkie wiadomości, jakimi dysponowali portugalscy żeglarze, były objęte tajemnicą państwową. Już w drugiej połowie XV w. Portugalczycy utrzymywali regularne połączenia z wieloma portami w południowej Afryce i mieli bazę na Azorach, które odkryli w 1424 r., chociaż nikomu w Europie się tym nie chwalili. Czy mieli także wiedzę na temat tajemniczego lądu położonego na zachód od Azorów?

Zagadkowa mapa Pizzigana

Do niedawna uważano, że oprócz wikingów żadnym europejskim żeglarzom nie udało się dotrzeć do brzegów Ameryki. Tę tezę obala mapa sporządzona w 1424 r. przez weneckiego kartografa Giovanniego Pizzigana. Przedstawia ona ziemie położone na zachód i północ od Europy. Po porównaniu ze współczesnymi mapami basenu Oceanu Atlantyckiego znajdziemy na niej nie tylko odkryte zaledwie trzy lata wcześniej Azory, ale także tajemniczą wyspę na północy, której linia brzegowa jest taka sama jak Grenlandii, oraz wysunięte na północny zachód ziemie nazwane Antilia (od portugalskich słów „ante-ilhas", co znaczy „wyspy po drugiej stronie"), których zachodnia linia brzegowa pokrywa się z linią brzegową Nowej Szkocji i Terra Nova (czyli Nowej Fundlandii) w Kanadzie. Mapa Pizzigana ma wielkość 1 na 1,5 metra i jest wykonana ze zdumiewającą precyzją, choć przez lata była traktowana przez badaczy jako dzieło mitomana.

W dziele „Historia rerum ubique gestarum" Eneasza Sylwiusza Piccolominiego (Piusa II), wydanym w 1477 r., a więc 15 lat przed odkryciem Ameryki przez Kolumba, znajduje się list wybitnego włoskiego matematyka i astronoma Paolo Toscanellego, który tak opisał mapę Pizzigana: „Z miasta Lizbony, w kierunku na zachód, jest na rzeczonej mapie [...] 26 miar, a w każdej z nich 250 mil. [...] Tyle jest od wyspy Anti(lia), którą nazywacie Wyspą Siedmiu Miast. [...] Zapisane we Florencji 25 czerwca 1474 r.".

Jeżeli więc przyjmiemy kontrowersyjną, choć wcale niepozbawioną zasadności hipotezę, że Portugalczycy przynajmniej pół wieku wcześniej dotarli do wybrzeży Ameryki Północnej, nasuwa się proste pytanie: dlaczego nie kontynuowali ekspansji w tym kierunku i długo zwodzili Kolumba obietnicą zorganizowania wyprawy odkrywczej na zachód? W świetle tej hipotezy portugalski władca Jan II doskonale wiedział o istnieniu ziem na zachodzie, jednak w drugiej połowie XV w. nie stanowiły one dla niego obszarów atrakcyjnych pod względem kolonizacyjnym. Wyprawy były niebywale kosztowne. Dzisiaj można je porównać pod tym względem do programów kosmicznych.

Portugalski historyk Jaime Cortesao (1884–1960) był przekonany, że jego rodacy dotarli do wybrzeży obu Ameryk wiele lat przed Kolumbem, ale zachowane świadectwa wskazują tylko na Terra Nova, Labrador i Grenlandię. Nasza wiedza o tych odkryciach opiera się jedynie na świadectwach cudzoziemskich szpiegów, które przetrwały do naszych czasów w archiwach innych państw.

Dlaczego Portugalczykom nie zależało na rozgłosie? Czemu każdemu, kto zdradziłby tajemnicę portugalskich odkryć, groziła kara śmierci? Być może depozytariuszem wiedzy o istnieniu nieznanego kontynentu na zachodzie była nie tylko korona portugalska, ale i potęga o wiele większa niż europejskie królestwa.

Znamienne, że już 10 stycznia 1475 r. król Portugalii nadał żeglarzowi Fernao Telesowi de Menesesowi prawa do odkrywania „każdej wyspy, do której dopłynie i jaką uzna za niezamieszkaną". W tym wypadku określenie ,,niezamieszkana" było równoznaczne z „nienależąca do innej monarchii chrześcijańskiej". Dziewięć lat później podobny przywilej od króla Jana II otrzymali Joao Afonso do Estreito z Madery i Fernao Dulmo, gubernator Terceiry, trzeciej odkrytej wyspy w archipelagu Azorów. W jakim celu portugalski władca rozdawał takie przywileje? Odpowiedź może być tylko jedna: ponieważ cały czas odbywały się na dużą skalę wyprawy rozpoznawcze. Kolejnym tego dowodem jest zachowana do dzisiaj donacja, którą Dona Beatriz przekazała 12 stycznia 1473 r. na rzecz wyprawy pod dowództwem kapitana Joao Vaza Corte-Reala, mającej zbadać ziemie na zachód od Zielonego Przylądka. Przypuszcza się, że Portugalczycy dotarli do Morza Sargassowego na długo przed 1446 r. To dowodzi, że Kolumb wcale nie był twórcą koncepcji, iż nasza planeta jest okrągła i na zachód od Europy znajdują się nowe lądy.

Wyspa Brazylia i odległe lądy

W 1466 r. do Portugalii przybyło poselstwo króla czeskiego Jerzego z Podiebradów. W skład tej delegacji wchodził Vaclav Šašek z Biřkova, który w liście do swojego króla napisał, że w świetle tego, czego się dowiedział, kraniec morza nie został zdobyty, a pewne przesłanki świadczą o istnieniu ziem „po drugiej stronie morza".

Musimy przy tym pamiętać, że w owym czasie większość wykształconych Europejczyków święcie wierzyła, że świat kończy się na Cieśninie Gibraltarskiej, zwanej Słupami Herkulesa. Tam kończyły się bezpieczne wody Morza Śródziemnego i zaczynała wielka zagadka Atlantyku, który na zachodzie miał się kończyć wielką przepaścią prowadzącą do piekła.

Zdumiewa więc fakt, że prawdopodobnie ok. 1450 r., pół wieku przed wyprawą Kolumba, portugalski infant Henryk (zwany Żeglarzem) zlecił weneckiemu kartografowi Fra Maurowi z zakonu kamedułów sporządzenie w tajemnicy „mappa mundi" – najwspanialszej zachowanej średniowiecznej mapy świata. To wielkie dzieło kartograficzne wskazuje nie tylko, że Fra Mauro postrzegał świat jako kulę, ale też że pozostawił jej margines na terytoria, które mogą się znajdować na zachodzie. Sam Fra Mauro napisał w 1459 r.: „Dotarło do nas wiele przedziwnych świadectw, głównie od tych, których Jego Królewska Mość król Portugalii wysłał na karawelach, by odkrywali i oglądali na własne oczy (...) na odległość ponad dwóch tysięcy mil od Cieśniny Gibraltarskiej. (...) Ludzie ci sporządzili nowe mapy z tej żeglugi i ponadawali nowe nazwy rzekom, zatokom, przylądkom i portom (!)".

O jakich to portach pisał wenecki kartograf? Czy możemy pozwolić sobie na postawienie hipotezy, że Portugalczycy nawiązali kontakty z cywilizacją prekolumbijską długo przed przybyciem do Ameryki Południowej pozbawionych wszelkich zasad Hiszpanów?

Istnieje jedno świadectwo, które jest szczególnie intrygujące. W 1434 r. Alfonso de Cartagena, biskup miasta Burgos, podczas wizyty w Portugalii napisał list do swoich przyjaciół w Kastylii, w którym pojawia się takie zdanie: „Na zachód od Lizbony, w niewiadomej odległości, znajdują się nie Azory, lecz wyspa Brazylia, do której żeglarzom portugalskim bardzo trudno było powtórnie trafić". Muszę tu jednak od razu ostudzić emocje, podkreślając, że „wyspa Brazylia" wcale nie oznaczała południowoamerykańskiego państwa, które znamy dzisiaj pod tą nazwą. Nazwa ta pochodzi raczej od drzewa pau-brasil, którego drewno ma czerwony kolor („brasa" po portugalsku i hiszpańsku znaczy „żar"). „Wyspa Brazylia" oznaczała więc prawdopodobnie „ziemię pełną drzew". Zdumiewa jednak wiadomość, że znajdować się miała na zachód od Azorów, a dotarcie do niej sprawiało Portugalczykom wielki kłopot.

Sojusz z templariuszami i wojna z Rzymem

Ekspansja na zachód była przygotowywana stopniowo od końca XIII w., kiedy ostatni rycerze chrześcijańscy powrócili z Ziemi Świętej. Ci, którzy utracili zamki w Syrii, Akkę i Jerozolimę, postanowili zbudować sprawne imperium finansowe w Europie i przygotować się na podbój świata, ale od zupełnie innej strony. Dlatego przypuszcza się, że w La Rochelle powstała wielka flotylla templariuszy. Jeszcze większą armadą dysponowali szpitalnicy, którzy razem z templariuszami pokazali swój kunszt wojenny w 1293 r., płynąc na pomoc Armenii. We flocie joannitów i templariuszy dominowały galery, ale transport koni wymusił budowanie statków o wielkich ładowniach, których konstrukcja mogła zostać później zastosowana przy budowie portugalskich i hiszpańskich karak i galeonów. Legenda głosi, że tuż przed zajęciem paryskiej Temple przez ludzi Filipa Pięknego z Paryża wypłynęło Sekwaną 18 galer należących do zakonu. Przypuszcza się, że skierowały się do La Rochelle, a stamtąd wraz z pozostałą częścią floty udały się do najbardziej przyjaznej templariuszom Portugalii.

Dlaczego akurat ten kraj mógł zapewnić ocalonym członkom zakonu bezpieczeństwo i szansę na realizację ich wielkiego planu? Ponieważ władcy tego państwa byli ukrytymi templariuszami. Sam założyciel dynastii burgundzkiej – hrabia Portugalii Henryk Burgundzki – był francuskim krzyżowcem, ściśle związanym z zakonem cystersów. Henryk sprowadził cystersów do Portugalii i zapewnił im rozwój z dala od czujnej kontroli Rzymu. W 1128 r. krewny portugalskiego władcy, cysters Bernard z Clairvaux, przyczynił się do gwałtownego rozwoju nowo powstałego zakonu templariuszy.

Ta otwartość na idee cystersów i templariuszy wcale nie oznaczała przyjaźni z hierarchią kościelną i papiestwem. Wręcz przeciwnie. Rzym nienawidził Portugalii i jej władców. Dowodzi tego istny wysyp ekskomunik nakładanych na nich od XII do XIV w. W 1220 r. papież Honoriusz III zagroził nawet, że wyda królestwo Portugalii na łup innych państw chrześcijańskich, a portugalskich wasali zwolnił od przysięgi złożonej suwerenowi. Każda inna monarchia natychmiast by się załamała, ale nie panujące po sobie portugalskie dynastie de Borgonha ou Afonsina i Avis. Zdawało się, że hrabiowie, a później królowie, portugalscy drwią sobie z władzy papieskiej w przekonaniu o swojej nadzwyczajnej sile.

Król Alfons III wydawał się niewzruszony wobec gromów rzucanych z Rzymu. Prawie wszyscy portugalscy biskupi opuścili kraj, chroniąc się w Kastylii lub uciekając do Rzymu pod skrzydła papieża. Oburzony tym stanem rzeczy papież Grzegorz X ekskomunikował w 1277 r. portugalskiego monarchę i nałożył na królestwo interdykt. To jeszcze bardziej umocniło więzi dynastii burgundzkiej z Zakonem Świątyni. Syn Alfonsa III, król Dionizy, obiecał zakonnikom pomoc w każdej sytuacji. Należał bowiem do rodu, którego członkowie sami siebie nazywali ,,braćmi templariuszowej misji".

Dopiero król Manuel I Szczęśliwy, który zasiadł na tronie w 1495 r. po wielkim Janie II Doskonałym, próbował naprawić relacje z papiestwem, wysyłając do Rzymu największą w historii delegację portugalską. O dziwo, papież przyjął ten gest z taką ulgą, że nadał portugalskiemu władcy aż dwie złote róże – najwyższe odznaczenie papieskie. Należy też pamiętać, że to właśnie za panowania Manuela I powstała legenda o Kolumbie jako biednym tkaczu, który przełamując mentalność swojej epoki, doprowadził do wielkiej wyprawy odkrywczej na zachód.

Indie – jedyny cel Portugalii

Powstają zatem dwa zasadnicze pytania: dlaczego Portugalczycy nie kontynuowali eksploracji Ameryki i czemu pozwolili Kolumbowi opuścić Portugalię i udać się do konkurencyjnego królestwa Kastylii z prośbą o organizację wyprawy na zachód? Wydaje się, że w postępowaniu króla Jana II Doskonałego nie ma żadnej logiki. Jego działania wydają się niekorzystne dla Portugalii. Ale czy na pewno? A może od początku przyjmujemy błędne założenie, że Portugalczykom zależało na podboju Ameryki? Jan II zdawał się mieć jeden cel, ten sam zresztą, który postulował Kolumb – nawiązanie kontaktów handlowych z Indiami! Dlatego w 1493 r. portugalski król wykorzystał zamieszanie związane z „odkryciem" przez Kolumba ziemi na zachodzie, aby doprowadzić do podpisania traktatu z Tordesillas. Miał on zagwarantować Portugalii to, na czym najbardziej zależało jej władcy – monopol żeglugowy na południowym Atlantyku, przetarcie trasy do Indii przez opłynięcie Afryki i – zgodnie z pozwoleniem, jakie dał Portugalczykom już w 1443 r. papież Euzebiusz IV – „objęcie w posiadanie odkrytych wysp i lądów oraz mianowanie biskupów". Ponadto w 1455 r. papież Mikołaj V nadał Portugalczykom wyłączność na „uczynienie żeglownym morza aż do ziem Indian (sic!), którzy ponoć czczą imię Chrystusa". Oczywiście chodziło o mieszkańców Indii, a nie ludy, które admirał Kolumb nazwał Indianami – prawdopodobnie dla zmylenia królów katolickich (Kastylii i Aragonii). W ten sposób Portugalczycy zdobywali monopol nie tylko na handel z Dalekim Wschodem, ale także na kolonizację Azji, którą postrzegali jako nieporównywalnie bogatszy świat niż cywilizacja napotkana przez nich na wybrzeżu Ameryki.

Jaka zatem była misja człowieka, któremu w wyniku wielu pomyłek nadano nazwisko Kolumb? Zmylenie konkurencji kastylijskiej i pokierowanie jej w całkowicie fałszywym kierunku, podczas gdy Portugalia i stojący za nią byli templariusze mieli zbudować imperium handlowo-finansowe, które rozpocznie globalizację świata.

Każdy, kto wkraczał na obszary żeglugowe Portugalii, musiał zapłacić najwyższą cenę. Portugalia, która tak szaleńczo pilnowała swojego monopolu na handel z Indiami, lekką ręką oddała Hiszpanii pierwszeństwo w podboju Ameryki.

Już w 1483 r. Jan II założył szkołę morską. Opracowaną w niej technikę żeglarską zastosował Kolumb w czasie swojej wyprawy na zachód. Admirał musiał więc być człowiekiem doskonale wykształconym, znającym matematykę, nawigację, astronomię, meteorologię i inne nauki wykładane na owej uczelni. Znał też największą tajemnicę państwa portugalskiego – konstrukcję karaweli, najdoskonalszego statku tamtej epoki. W swojej kronice Cortesao podkreślił, że za panowania Jana II objęto tajemnicą państwową wszystko, co dotyczyło karaweli, map, nawigacji, ksiąg z instrukcjami, tras i pilotów. Kto łamał tę tajemnicę, musiał umrzeć.

Dlaczego zatem Kolumb nie tylko bez problemów opuścił Portugalię, ale też wywiózł doskonale znany Janowi II plan podróży na zachód, który przedstawił królom Hiszpanii? Dlatego, że w tym samym czasie, kiedy zwodził Izabelę Kastylijską i jej małżonka Ferdynanda Aragońskiego swoją propozycją popłynięcia na zachód, portugalski żeglarz Bartolomeu Dias opłynął Afrykę i otworzył Portugalii szlak do Indii – prawdziwego eldorado ówczesnego świata.

Tajemnica rycerza z Madery

W 1434 r. zmarł król Polski Władysław Jagiełło. Koronę po nim odziedziczył najstarszy syn Władysław III. Rzeczywistą kontrolę nad administracją, dyplomacją i finansami państwa sprawował jednak niechętny Jagiellonom biskup krakowski Zbigniew Oleśnicki. Dzięki zabiegom papieża Eugeniusza IV w 1440 r. Władysław III został także królem Węgier. Papież nie zrobił tego jednak z czystej sympatii dla młodego monarchy, ale w nadziei, że synowi zwycięzcy spod Grunwaldu uda się utworzyć antyturecką koalicję i uratować resztki Bizancjum. Początkowo wydawało się, że papież dokonał doskonałego wyboru. W grudniu 1440 r. Władysław III pokonał Turków pod Bátaszék. Wydawało się, że chrześcijańska Europa zyskała nowego Ryszarda Lwie Serce. W sierpniu 1444 r. polski król, rozpalony nadzieją pokierowania nową krucjatą, zerwał zawarty 12 czerwca rozejm (który miał obowiązywać dziesięć lat), po czym rozpoczął zbrojną wyprawę przeciw Turkom. Wojska polsko-węgierskie niepowstrzymanie szły w kierunku Konstantynopola, jednak brak obiecanego wsparcia ze strony floty weneckiej spowodował, że tureckie posiłki spokojnie przepłynęły cieśninę Bosfor i zasiliły oddziały walczące z Władysławem III. Wobec znacznej przewagi wroga król nakazał odwrót, lecz jego armia został zablokowana pod Warną nad Morzem Czarnym. 10 listopada 1444 r. doszło do bitwy, w której wojska polsko-węgierskie zostały pokonane i zmuszone do ucieczki. W czasie bitwy król osobiście natarł na siły wroga na czele 500-osobowej gwardii. Świadkowie widzieli, że zniknął w tłumie walczących. Wtedy widziano go po raz ostatni. Historycy przyjmują, że Warneńczyk zginął podczas bitwy. Nie ma na to jednak żadnych dowodów. Nie odnaleziono ani jego ciała, ani zbroi, ani miecza czy tarczy. Jedynym potwierdzeniem śmierci monarchy miała być kościana rękojeść z białym orłem z krzyżem na piersi, którą znaleziono w 1863 r. kilka kilometrów od pola bitwy.

Istnieją przypuszczenia, że Władysław III nie zginął, ale załamany rozmiarem klęski i przejęty troską o zbawienie duszy poprzysiągł spędzić resztą życia na pokucie i pielgrzymce. Odrzuciwszy myśl o powrocie do Krakowa, wyruszył do Ziemi Świętej i wstąpił do klasztoru św. Katarzyny na Synaju. Mnisi, którzy go przyjęli, musieli znać tożsamość nowego brata, ponieważ natychmiast został pasowany na rycerza Zakonu Świętej Katarzyny. Wybór tego zakonu nie był przypadkowy. Święta Katarzyna przeżyła łamanie kołem, na które były nasadzone noże, polski król zaś przeżył cięcia osmańskich mieczy.

Zaledwie kilka lat po bitwie pod Warną ów tajemniczy kawaler Zakonu Świętej Katarzyny przybył w towarzystwie równie zagadkowego księdza Jana do wielkiego mistrza portugalskiego Zakonu Rycerzy Chrystusa, księcia Henryka Żeglarza. Po kilku latach pobytu w Portugalii król Alfons V wyswatał rycerza ze szlachcianką z Algavre. Król powierzył cudzoziemca opiece kapitana Joao Zarco z Madery, który podarował mu dobra ziemskie na południu wyspy i opiekował się jak księciem krwi. Tajemniczy rycerz wybudował tam kościół pod wezwaniem św. Magdaleny, w którym rzekomo miał zostać pochowany. W zachowanych dokumentach rycerz był nazywany Cavaleiro de Santa Catarina, ale później zaczęto go określać mianem Henrique Alemao (Henryk Niemiec), ponieważ mówił z ciężkim cudzoziemskim akcentem. W kronice „Nobiliario da Ilha da Madeira" („Księga szlachecka z wyspy Madera") kronikarz Henrique de Noronha wspominał: „Henrique Alemao osiedlił się na wyspie około roku 1450. (...) Mówi się, że był księciem polskim (...) przybyłym na wyspę; ukrywał, kim jest, i mimo że przychodzono po niego i rozpoznawano go, zaprzeczał, jakoby był tym, za kogo go biorą".

Zygmunt Henryk Jagiellończyk, odkrywca Ameryki?

Wyjątkowe traktowanie tajemniczego rycerza zarówno przez króla Portugalii, jak i gubernatora Madery wskazuje, że była to osoba o wielkim znaczeniu. Cudzoziemiec nie mógł długo ukrywać swojej tożsamości. Na wieść o tym, że polski król może mieszkać na Maderze, cesarz Ferdynand III Habsburg wysłał tam dwóch polskich mnichów, Kazimierza i Witolda, którzy nieraz widywali Władysława III na Wawelu. Po powrocie z Madery obaj zakonnicy złożyli przysięgę na Biblię, że człowiek podający się za Henryka Niemca jest w rzeczywistości polskim królem Władysławem III. Monarcha był zobowiązany świętą przysięgą do panowania w Polsce. Koronacja była tożsama z przyjęciem sakramentu, namaszczenie świętymi olejami czyniło króla pomazańcem Bożym. Zasiadanie na tronie nie było jego wolą, ale wolą samego Boga.

Kronikarz Henrique Henriques de Corona wspomina, że w 1584 r. potomkowie owego tajemniczego Henryka Niemca udowodnili na dworze hiszpańskim, że pochodzą od polskich królów. Twierdzili, że Władysław III nie chciał wracać do dawnego życia, pragnął swobody i wolności, jakie dawał mu pobyt na portugalskiej Maderze, gdzie założył szczęśliwą rodzinę. Przypuszcza się, że imię Henryk przybrał dla oddania hołdu swojemu gospodarzowi, infantowi Henrykowi Żeglarzowi. Po wizycie polskich mnichów na Maderze powstał problem, co zrobić z człowiekiem, który ma moralny obowiązek powrotu do Krakowa. Pozostawało tylko jedno rozwiązanie: trzeba było upozorować śmierć tajemniczego cudzoziemca.

Kiedy Henryk Niemiec wracał statkiem na Maderę ze spotkania z królem Alfonsem V, z klifu Cabo Girao oderwał się blok skalny, który uderzył w statek i zabił rycerza. Każdy, kto widział ów klif, wie, że prawdopodobieństwo podobnej sytuacji jest bliskie zera. Oderwany kamień stoczyłby się po niezbyt spadzistym klifie. Żeby trafić w przepływający w pobliżu statek, musiałby zostać wystrzelony ze snajperską wręcz precyzją. W ten oto sposób niezgodny z prawami fizyki wypadek z Cabo Girao zakończył wszelkie spekulacje na temat losów Władysława III Warneńczyka. Pozostawała jednak kwestia jego syna Segismunda Henriquesa (Zygmunta Henryka), który mógł być traktowany jako potencjalny kandydat na króla Polski i Węgier. Ale i w tym wypadku dziwnym zrządzeniem losu katastrofa morska przecięła wszelkie spekulacje. Zygmunt Henryk, syn rycerza Henryka, rzekomo zginął przygnieciony złamanym masztem. Dziwne, że w tej rodzinie wydarzyły się dwa zgony w okolicznościach mało prawdopodobnych. Oficjalnie z Madery zniknęli dwaj ludzie, którzy mogli wywołać wielkie zamieszanie w historii Polski i Węgier.

Jak na Genueńczyka Kolumb miał dość nietypową urodę. Był rudawym blondynem o niebieskich oczach i jasnej karnacji. Chociaż miał być synem ubogiego włoskiego tkacza, był znakomicie wykształcony i grzecznie przyjmowany na europejskich dworach. Mimo niskiego stanu, który jakoby ukrywał przez lata, otrzymał – podobnie jak jego bracia – szlachecki tytuł „don".

A teraz przyjrzyjmy się kilku znamiennym informacjom łączącym Władysława III z człowiekiem, który „odkrył" Amerykę. Na malowidle „Matka Boska Żeglarzy" w pałacu w Mafrze Kolumb został przedstawiony w płaszczu ozdobionym koroną. „Genueński tkacz" mieszkał na Maderze, i to dokładnie tam, gdzie rycerz Henryk Niemiec. On i jego bracia doskonale władali portugalskim, jak językiem ojczystym. Korespondencja prowadzona z jego braćmi była pisana wyłącznie po portugalsku, a nie po włosku. Nie ma żadnych dowodów, że Kolumb w ogóle znał włoski, a zwłaszcza dialekt genueński. Na jego herbie znajduje się pięć złotych kotwic w błękitnym polu. Odnoszą się one do jego kariery żeglarskiej, ale najważniejszy symbol widnieje w samym środku. To orzeł polski, identyczny jak orzeł Jagiellonów, choć na szarym tle. Herb ten znajduje się w prywatnej kaplicy rodzinnej Kolumba w Boalsburg w Pensylwanii. Został zrobiony w XVI w. i przewieziony z Hiszpanii do Pensylwanii. Bracia Colon (Kolumb) powiadali, że pochodzą z Terra Rubra"(Ziemi Czerwonej), a nie z Genui. Zgodnie z przedstawianą tu hipotezą Terra Rubra mogła oznaczać Ruś Czerwoną, gdzie urodziła się matka Władysława Jagiełły, księżniczka Julianna Aleksandrowna Twerska.

Portret Kolumba z Sali Admiralskiej pałacu królewskiego w Sewilli oraz wizerunek rycerza Henryka Niemca na portrecie w Muzeum Sztuki Sakralnej w Funchal ukazują podobieństwo jak między ojcem i synem. Obaj mężczyźni mają te same rysy, choć są namalowani przez różnych artystów, których dzieli wiele lat. Ich cechą wspólną są niemal identyczne orle nosy, rudawe jasne włosy i niebieskie oczy. Należy przy tym podkreślić, że Kolumba znali tylko dwaj malarze: Pedro Berrugueto (ok. 1450–1504) i nadworny malarz królowej Izabeli Kastylijskiej Alejo Fernandez. To ten ostatni na złotej szacie Kolumba namalował dwa bardzo ważne znaki: złotą koronę (symbol księcia z rodu królewskiego) i trzy granaty, znak doskonale znany wszystkim masonom.

Dowodów łączących Kolumba z Władysławem III jest znacznie więcej. Nie ma żadnego powodu, aby nadal podtrzymywać mit o genueńskim plebejuszu, który awansował z syna ubogiego tkacza do rangi wicekróla Indii. Konieczne staje się przeprowadzenie ponownego śledztwa historycznego, które wyjaśniłoby nie tylko cel wyprawy Krzysztofa Kolumba, ale przede wszystkim jego prawdziwą tożsamość, która prowadzi nas wprost nad Wisłę.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA