fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

„Moby Dick” wraca w 3D

materiały
„W samym sercu morza" to wielkie widowisko, ale Ron Howard nie dał się uwieść technice i zrobił film o ludziach. Od piątku na ekranach.

W pierwszych scenach do drzwi domu starego dziwaka Thomasa Nickersona puka młody pisarz. Chce zapłacić niemałą sumę za jego wspomnienia. Nickerson jako czternastoletni chłopiec zaciągnął się na statek „Essex" i razem z 20 marynarzami wyruszył na połów wielorybów. Nigdy dotąd nie opowiadał o tym, co przeżył na oceanie. Tym razem do rozmowy z przybyszem przekonuje go żona.

„Ta wyprawa to historia dwóch ludzi – kapitana George'a Pollarda i pierwszego oficera Owena Chase'a – zaczyna swoją opowieść Nickerson.

„Essex" wypłynął ze słynnej wyspy wielorybników i żeglarzy Nantucket w listopadzie 1820 roku. Na pokładzie dochodziło do spięć między dobrze urodzonym, ale mało znającym się na fachu kapitanem a znakomitym poławiaczem, który czuł się zawiedziony brakiem awansu na dowódcę.

Na Pacyfiku, gdy byli w odległości około dwóch tysięcy mil od wybrzeży Ameryki Południowej, „Essex" został zaatakowany przez wielkiego kaszalota. Łajba zatonęła, a marynarze przez 90 dni dryfowali w szalupach na wodach oceanu, kolejno przegrywając z chłodem, głodem i kaszalotem, który nie zamierzał zaprzestać ataków. Ostatni, żeby przetrwać w maleńkiej łupinie, dopuścili się rzeczy potwornej – kanibalizmu.

Scenariusz „W samym sercu morza" opiera się na książce Nathaniela Philbricka, która zresztą również właśnie ukazała się w polskich księgarniach. Młodym pisarzem, który przychodzi do Nickersona, jest Herman Melville. Ale Philbrick i reżyser, stary wyjadacz Ron Howard, choć wprowadzili na ekran autora „Moby Dicka", w rzeczywistości poszli innym tropem niż on.

Pierwsza część filmu to przede wszystkim – jak zapowiadał Nickerson – opowieść o dwóch mężczyznach z różnych światów, którzy mają swoje wielkie ambicje, nienawidzą się nawzajem, ale są od siebie zależni. W drugiej jest już tylko walka z żywiołem. Trzy szalupy z garstką ocalałych marynarzy. Potworne dni, gdy każda wysoka fala i każde podpłynięcie wieloryba może oznaczać śmierć. Brak wody, brak jedzenia, gasnąca nadzieja, powolne umieranie z wyczerpania. I jeszcze to, co na zawsze wryje się w pamięć, może jeszcze straszniejsze niż śmierć. A kilku rozbitków, którym uda się dotrzeć z powrotem do swojego miasta, będzie musiało zmierzyć się nie tylko ze wspomnieniami koszmaru i własnym sumieniem, lecz również z interesami firmy połowowej, która chce zataić prawdziwe przyczyny katastrofy.

Wielki film? Nie. Ważny? Nieszczególnie. Ale wciągający. Ron Howard jest doskonałym rzemieślnikiem, a tym razem udowodnił, że daje sobie radę również z techniką 3D. W czasie projekcji fale oceanu rozbryzgują się niemal na krzesłach widzów, kaszalot wali ich po głowach wielkim ogonem. A jednak twórca „Pięknego umysłu" wie, co w kinie liczy się najbardziej. I robiąc wśród spienionych wód oceanu film katastroficzno-przygodowy, nie zapomina, że opowiada przede wszystkim o ludziach. I że katastrofa „Essexa" wydarzyła się naprawdę.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA

WIDEO KOMENTARZ

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA