fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

„Ostatni komers”. Pustka między basenem i kościołem

fot. mat.pras.
„Ostatni komers” Dawida Nickela to debiut wrażliwego, potrafiącego obserwować świat artysty.

Dojrzewanie nie jest łatwe. Burza hormonów, walka z całym światem, marzenia, które muszą zderzyć się z rzeczywistością. W „Ostatnim komersie” – filmie, który wygrał konkurs mikrobudżetów na festiwalu w Gdyni - Dawid Nickel  opowiada o dziewczynach i chłopakach, którzy w małym miasteczku czekają na tytułową zabawę kończącą czas nauki w szkole.

Nickel urodził się w Kędzierzynie-Koźlu. Zna takie klimaty. I wie, co to znaczy być gejem w małym, konserwatywnym środowisku. On sam marzył o kinie, ale nie śmiał myśleć o reżyserii. Na katowickim Wydziale Radia i Telewizji studiował organizację produkcji. Po okresie asystentury przy dwóch filmach Małgorzaty Szumowskiej, postanowił zdawać do Szkoły Wajdy. I wtedy w  rodzinnym domu znalazł swoje zdjęcie z komersu. Z chłopakiem przyjaciółki, w którym wtedy się kochał. Tak narodził się pomysł na film. Później, gdy Nickel trafił do Wajdowskiej Sali Prób, a w PISF-ie narodziła się idea wspierania skromnych produkcji mikrobudżetowych, „Ostatni komers” zamienił się w długometrażową fabułę. Do gejowskiej miłości doszły inne wątki, m.in. dziewczyny zdradzanej przez ukochanego z pełną seksu sąsiadką. Nickel sięgnął też po uhonorowaną w 2017 roku nagrodami im. Conrada i Gombrowicza książkę Anny Cieplak „Ma być czysto”. Zaczerpnął z niej wątek niechcianej ciąży i dwóch piętnastolatek gadających o facetach. A jest jeszcze szkolny kolega, wciąż smarkacz, zakochany w jednej z nich.

To wszystko zanurzone jest w leniwej atmosferze lata, które przyciąga bohaterów nad miejski basen. Bo co jeszcze można tu robić? Potańczyć w garażu w rytm techno. Albo pójść na próbę parafialnego chóru lub wbić się w garnitur i składać dary w czasie mszy.

To nie jest metropolia i ekskluzywna szkoła, gdzie nie wypada nie znać ostatniej powieści Stasiuka czy nie zobaczyć filmu Pawlikowskiego. Tu życie toczy się właśnie między basenem i kościołem, między kolejnymi blantami, wśród mało znaczących rozmów. Ale emocje są podobne wszędzie. Pierwsze uczucia, pierwszy zawrót głowy, pierwsze rozczarowanie, pierwsze odrzucenie. I samotność. Przejmująca, bolesna. Brak autorytetów, pustka w domu. Skrywana za fałszywymi pozami tęsknota za bliskością.

Dawid Nickel nikogo nie ocenia. Obserwuje bohaterów kamerą tak, jak kiedyś Janusz Kondratiuk w „Dziewczynach do wzięcia”. Niby niewiele się tu dzieje, a wszystko buzuje. Do tego dochodzą świetne dialogi. Uwagi rzucane od niechcenia, być może wiernie odtworzone ze scenariusza, a przecież jakby przypadkiem podsłuchane, sprawiające wrażenie improwizacji.

Równie naturalna jest „Ostatnim komersie” gra aktorów. Nickel przemieszał studentów pierwszych lat szkół teatralnych z bardziej doświadczonymi wykonawcami i naturszczykami. Ze znakomitym rezultatem. Nikt tu nie próbuje grać pierwszych skrzypiec, cały zespół doskonale zdaje egzamin. Choć trudno nie zauważyć Sandry Drzymalskiej – aktorki, która pojawiła się ostatnio w filmach „Każdy ma swoje lato” Tomasza Jurkiewicza czy włosko-polskim dramacie Carla Sironiego „Sole”   i kilku serialach, m.in. Netfliksowym „Sexify”. I nie docenić partnerującego jej amatora – Michała Sitnickiego. Dawid Nickel – to nazwisko warto zapamiętać.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA