fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Film „Nomadland” jest najlepszy

„Nomadland” w reżyserii Chloe Zhao (z prawej) z Frances McDormand. Obie artystki zdobyły Oscara
AFP, Chris Pizzello Chris Pizzello
Chloe Zhao, autorka zwycięskiego obrazu, to druga nagrodzona reżyserka. Frances McDormand dostała trzecią statuetkę, zaś Anthony Hopkins za „Ojca" – drugą.
„Cóż to był za rok! A przecież jeszcze się nie skończył. Opłakujemy stratę tak wielu osób. Ale dzisiaj jesteśmy tu po to, by świętować naszą miłość do kina. Ona pomogła nam przetrwać" – mówiła reżyserka Regina King, otwierając galę wręczenia Oscarów. Do hali Union Station w Los Angeles mogło wejść tylko 170 osób. Nominowani na wizji byli bez maseczek. W przerwach musieli je zakładać.
Po tym wstępie King, nawiązując do skazania zabójcy George'a Floyda, dodała: „Gdyby inaczej poszło w zeszłym tygodniu w Minneapolis, musiałabym zamienić swoje szpilki na wojskowe buty. Wiem, że wielu z was łapie za pilota od telewizora, gdy Hollywood zaczyna was pouczać, ale jako matka czarnego syna znam strach, który dotyka ludzi, niezależnie od ich sławy czy zamożności". Potem wielu laureatów nawiązywało do tego samego tematu.

Kobiety walczą

Za najlepszy film 2020 roku członkowie Akademii uznali „Nomadland" Chloe Zhao, który w Polsce ma mieć premierę w połowie maja. To opowieść o kobiecie, która straciwszy wszystko, co było dla niej ważne, w kamperze wyrusza w drogę, stając się współczesną nomadką.

„Nie jestem bezdomna – mówi. – Jestem bez domu". W nowym stylu życia odnajduje wolność, jakiej nigdy nie miała.

Z Seulu, wirtualnie, ubiegłoroczny triumfator Oscarów, autor „Parasite", Bong Joon-ho wręczył też Zhao statuetkę za reżyserię.

– Ludzie rodzą się dobrzy – mówiła Chloe Zhao w LA. – Wierzyłam w to jako dziecko i wierzę dzisiaj. Nawet jeśli prawda wydaje się inna.

Oscara, już trzeciego, zrównując się z Meryl Streep, odebrała za główną rolę w „Nomadland" Frances McDormand. To zasłużona nagroda dla aktorki, która nigdy nie bała się pokazywać oznak starzenia się i nie poprawiała swojej urody, udając nastolatkę.

To czas kobiet. Nigdy wcześniej nie było we wszystkich kategoriach tylu nominacji dla pań – łącznie aż 76. I wydaje się, że dziś ten trend jest już nie do zawrócenia, choć Chloe Zhao jest zaledwie drugą, po Kathryn Bigelow, reżyserką uhonorowaną Oscarem. Nominację w tej kategorii miała też za „Obiecującą. Młodą. Kobietę" debiutantka Emerald Fennell, która odebrała inną statuetkę – za scenariusz oryginalny. Tak bardzo się z tym nie liczyła, że nawet nie przygotowała sobie przemówienia.

Oscary nie tak białe

W dobie ruchów #OscarsSoWhite czy #BlackLivesMatter Oscary ustrzegły się krytyki, jaka dotknęła Złote Globy. Były w tym roku bardzo różnorodne. Wśród filmów nominowanych w najważniejszej kategorii znalazł się „Judasz i czarny mesjasz" zrealizowany w całości przez Afroamerykanów. Oscara za najlepszą rolę drugoplanową dostał Daniel Kaluuya, który zagrał w tym filmie Freda Hamptona, działacza Czarnych Panter zabitego w 1969 roku przez policję.

– Co to był za człowiek! Żył tylko 21 lat, a zdążył walczyć o dożywianie i edukację dzieci. Jest jeszcze tyle do zrobienia i nie jest to robota dla jednego człowieka – mówił aktor.

Podobnie jak w roku ubiegłym, mocno trzyma się Azja. Chloe Zhao, choć wyklęta przez własny kraj za krytyczne wypowiedzi o chińskiej demokracji, jest przecież Chinką urodzoną w Pekinie. Zrealizowany przez Lee Isaaka Chunga „Minari", o koreańskiej rodzinie próbującej urządzić sobie życie w Stanach, miał sześć nominacji – ostatecznie Oscara za rolę drugoplanową odebrała południowokoreańska aktorka Juh-Jung Youn. Z kolei film o czarnoskórej piosenkarce „Ma Rainey: Matka bluesa" przyniósł Oscara 90-letniej (białej) kostiumolożce Ann Roth i trójce charakteryzatorów. Afroamerykanka Mia Neal, odbierając statuetkę, oddała hołd wszystkim „innym", a nagrodę skomentowała: „Kiedyś to nie będzie niezwykłe i przełomowe. Będzie normalne".

Hollywood uhonorował też starszych artystów. Rekord pobiła 90-letnia Roth, ale Akademicy pokłonili się też 76-letniej Koreance, a przede wszystkim docenili wielki kunszt 83-letniego Anthony'ego Hopkinsa. Blisko 30 lat po Oscarze za „Milczenie owiec" aktor dostał swoją drugą statuetkę za wielką, bolesną kreację starego człowieka wpadającego w demencję w „Ojcu" Floriana Zellera, nagrodzonego zresztą razem z Christopherem Hamptonem za adaptowany scenariusz tego filmu.

Laur dla Hopkinsa niektórzy uznali za niespodziankę, bo obstawiano zwycięstwo Chadwicka Bosmana, który wcześniej pośmiertnie dostał Złoty Glob za rolę w „Ma Rainey: Matce bluesa".

„Jestem w swoim domu w Walii – zareagował Hopkins na Instagramie w poniedziałek. – Mam 82 lata i nie spodziewałem się tej nagrody. Jestem wdzięczny Akademii. Chciałbym złożyć hołd Chadwickowi Bosemanowi, który odszedł od nas zbyt wcześnie".

W kategorii filmu zagranicznego wygrał zdecydowany faworyt: „Na rauszu" Thomasa Vinterberga. Film o czterech nauczycielach, którzy nadużywają alkoholu, podbudowując się naukową teorią o jego zbawiennym wpływie na jakość życia i pracy. O przechodzeniu niebezpiecznej granicy, ale też o kryzysie wieku średniego, próbie wyrwania się z rutyny i bezwładu. Dziękując Akademii, Vintenberg mówił o bólu człowieka, którego życie się zawaliło. Tak jak jego, gdy w wypadku samochodowym zginęła jego córka. To jej zadedykował swojego Oscara, podobnie jak przedtem Europejską Nagrodę Filmową.

Teraz do kin!

Przegranym tegorocznej edycji jest „Mank" o scenarzyście „Obywatela Kane'a", który miał najwięcej, bo aż dziesięć nominacji, a zdobył tylko dwie statuetki. Niespodzianką był układ samej gali. Jako pierwsze ogłoszono nagrody za scenariusz i reżyserię. Oscar dla najlepszego filmu nie zakończył uroczystości, potem wręczono jeszcze nagrody aktorskie. Być może organizatorzy, licząc na wygraną zmarłego w sierpniu 2020 roku Chadwicka Bosemana, chcieli złożyć hołd milionom osób, które w ubiegłym roku odeszły? Jednak zabieg ten zniszczył logikę wydarzenia.

Choć ciekawie było i tak, bo tegoroczne Oscary stały się hołdem dla świetnego, artystycznego kina. Przypadek? Nie. Amerykańscy Akademicy zawsze wspierali hollywoodzką komercję, ale ostatnio coraz częściej kłaniają się również kinu bardziej wyrafinowanemu. A w tym roku po prostu nie mieli innego wyboru. W czasie pandemii hity o wielkich budżetach nie weszły na ekrany i wciąż czekają na premiery.

Jeszcze przed ogłoszeniem wyników wiadomo było, że laureat głównej nagrody wejdzie do księgi Guinnessa jako film, który przed galą miał najniższe wpływy z kin w historii. Dotąd pierwsze miejsce w tym rankingu zajmował „Hurt Locker", który przed zdobyciem Oscara miał na koncie zaledwie 17 mln dolarów. „Nomadland" zarobił dotąd 2,5 mln, a żaden film z nominowanej w głównej kategorii ósemki nie przekroczył 6,5 mln.

Teraz więc wypada tylko przypomnieć słowa Chloe Zhao, nawołującej do powrotu do kin:

– Obejrzyjcie nasze filmy na największym możliwym ekranie!

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA