fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

"Aladyn" Disneya: Ta sama bajka, nowa technika

Will Smith jako wypuszczony z butelki dżin w nowej wersji „Aladyna”
DISNEY
Nowy „Aladyn” dowodzi, że Disney wie, jak zarabiać duże pieniądze, bazując na starych pomysłach.

Pierwowzór „Aladyna” powstał w 1992 roku. Razem z Robinem Williamsem, który udzielił głosu, ale i swojej osobowości zaklętemu w czarodziejskiej lampie dżinowi, zawładnął wyobraźnią małych widzów. Zarobił na całym świecie 502 mln dolarów, dostał pięć nominacji do Oscarów, z których dwie – za muzykę i piosenkę – zamieniły się w statuetki.

A teraz po ponad ćwierć wieku doczekał się wersji aktorskiej. Czy lepszej? Na pewno dłuższej. Oryginał trwał półtorej godziny, dzisiejszy „Aladyn” – 2 godziny i 10 minut. Za kamerą stanął Guy Ritchie, reżyser o własnym, wyrazistym stylu, choć akurat w „Aladynie” się go nie czuje.

Chłopca, który stał się właścicielem spełniającej życzenia lampy, zagrał Mena Massoud, a partneruje mu jako dżin – Will Smith. Twórcy wyczarowali na ekranie kolorowy świat. Są tu barwne kostiumy, śpiew, taniec i oczywiście loty na dywanie. Jest przesłanie o tym, że trzeba wierzyć w siebie i iść za głosem własnego serca.

Dosłowność w bajce

A jednak ten barwny, aktorski „Aladyn” ma znacznie mniej uroku niż stary, rysunkowy. Może nie służy tej bajce dosłowność? Może Will Smith, choć robi, co w jego mocy, nie ma, wręcz nie może mieć w sobie fantazji tamtego maga – rysunkowego, zmieniającego się i pełnego tajemnic?

Politykę odcinania kuponów od starych sukcesów Disney stosuje od dawna. Szefowie tej wytwórni wiedzą, jak zarabiać pieniądze. Pierwszy jej animowany przebój – legendarna „Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków” – powstał w roku 1937. Potem były następne tytuły. Wszystkie wracały co kilka lat do kin, bo pojawiały się nowe pokolenia widzów, które chciały spędzać czas z jelonkiem Bambi, patrzeć, jak pocałunek budzi „Śpiącą królewnę” czy wzruszać się miłością „Zakochanego kundla”. Jednak praktyka ta skończyła się, gdy rynek filmowy zmieniły kasety wideo, a potem płyty DVD.

Minimum ryzyka

Studio Disneya znalazło wtedy nową żyłę złota. Hollywood kocha pomysły, które minimalizują ryzyko. Ekran zalewają sequele dawnych hitów. Disney również ma w tym roku w planie kolejne części „Gwiezdnych wojen” czy „Avengersów”. Ale też od dawna wytwórnia produkuje nowe wersje starych filmów dla dzieci. Według sprawdzonej recepty: sprawny, znany reżyser plus gwiazdorska obsada.

Już w latach 90. powstały aktorskie remaki „Księgi dżungli” czy „101 dalmatyńczyków” z Glenn Close w roli demonicznej Cruelli De Mon. Do tego pomysłu Disney wrócił z impetem, gdy w 2010 roku na ekrany weszła „Alicja z Krainy Czarów” Tima Burtona ze śliczną Mią Wasikowską.

Na dobre machina rozkręciła się kilka lat temu: „Czarownica” to „Śpiąca królewna” opowiedziana z punktu widzenia czarnego charakteru z twarzą Angeliny Jolie, widowiskowy, pełen rozmachu „Kopciuszek” Kennetha Branagha z Lily James i Cate Blanchett, kolejna wersja „Księgi dżungli” Jona Favreau z Billem Murrayem i Benem Kingsleyem, „Piękna i bestia” Billa Condona z Emmą Watson – wszystkie te filmy zyskały niezłe recenzje, i ściągnęły do kin tłumy. „Księga dżungli” w weekend otwarcia przyniosła 103 mln dolarów, a „Piękna i bestia” – 174 mln. Legenda Disneya zadziałała bez szwanku.

W tym roku wysypują się stopniowo kolejne filmy. Najpierw był „Dumbo” Tima Burtona nakręcony w technice live-action i dość mocno zmieniony w stosunku do oryginału. Nie było gadających zwierząt, myszy Timothy’ego i piosenek, które zachwycały w oryginale. Za to pojawił się nowy wątek parku rozrywki i oczywiście cała plejada gwiazd z Michaelem Keatonem, Evą Green, Dannym De Vito i Colinem Farrelem na czele.

Wynik „otwarcia” „Dumbo” nie zachwycił: 45 mln dol., ale do dziś film ma już na koncie 346 mln, zresztą notując dwukrotnie wyższą frekwencję za granicą niż w USA.

Ostatnia premiera Disneya, „Aladyn”, po trzech pierwszych dniach wyświetlania przyniosła z amerykańskich kin blisko 87 mln dol., a po święcie Memorial Day wynik podskoczył w USA do 114 mln dol. Do tej kwoty dochodzą już pierwsze wpływy z zagranicy (np. z Chin 18 mln dol., z Meksyku – 9,2 mln, z Wielkiej Brytanii – 8,4 mln), a licznik dopiero zaczął tykać.

Lew w nowej wersji

Tymczasem już 19 lipca na ekrany Disney wprowadzi remake jednego z najbardziej znanych filmów animowanych w historii kina – „Króla lwa”. W 1994 r. opowieść o małym lewku stała się rewolucją. Disneyowscy twórcy przestali najmłodszym serwować słodkie, infantylne opowiastki. Pokazali różne strony życia, zrobili pean na cześć miłości i lojalności, ale nie bali się opowiedzieć również o odmienności, śmierci. Jak w życiu.

Nową wersję reżyseruje ulubieniec wytwórni Jon Favreau. Podobnie jak „Dumbo” i „Aladyn”, nowy „Król lew” zrealizowany jest w technice live-action, oddając rzeczywistość z fotograficzną dokładnością. Afrykańska sawanna, stada antylop i słoni mają wyglądać naturalnie. W amerykańskiej wersji w dubbingu wystąpiły sławy: Donald Glover, Beyoncé, Chiwetel Ejiofor.

Krytycy nie są zachwyceni nowymi wersjami dawnych animacji. Uważają na ogół, że technika live-action odbiera tym opowieściom bajkowy czar, czyniąc je bardzo dosłownymi. Prawdą jest jednak, że twórcy nowych wersji starają się je też nieco unowocześnić. Na przykład w „Aladynie” znacznie bardziej wyrazistą postacią jest Jasmine, a dżina gra czarnoskóry aktor.

Wciąż otwarte pozostaje pytanie: czy kierowanie do produkcji kolejnych remake’ów to zmysł do biznesu czy może brak inwencji? Czy dzisiejsi młodzi widzowie nie zasługują na nowych, własnych bohaterów, skrojonych na miarę ich wyobraźni?

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA