fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Nie żyje Tadeusz Pluciński

Fotorzepa, Jerzy Dudek
W wieku 92 lat zmarł Tadeusz Pluciński, popularny i lubiany aktor filmowy i teatralny. Określenie „na wieki wieków amant” wymyślił przed laty Andrzej Szczepkowski dla Igora Śmiałowskiego. Kiedy obaj przenieśli się do lepszego świata zostało ono natychmiast „zagospodarowane” przez Tadeusza Plucińskiego. I trzeba przyznać pasowało do niego jak ulał. Pluciński bowiem od dziesięcioleci zapisał się w świadomości widzów jako amant. Sam nigdy się tego nie wypierał i o sobie mówił nawet, że jest pocztówkowym amantem.

- Ojcem chrzestnym mego aktorstwa był Dudek Dziewoński- mówił przed laty w wywiadzie dla "Rzeczpospolitej". - Za kulisami łódzkiego Teatru Syrena - gdzie biegałem patrzeć, jak tańczy moja ukochana Alina - spytał mnie, ile mam wzrostu. Odpowiedziałem, że 182 cm. "Powinieneś być na scenie. Przygotuję cię. Strzelisz monolog Papkina". Lenistwo nie pozwoliło mi opanować na czas tekstu, ponieważ hołdowałem zasadzie, co masz zrobić dzisiaj, zrób pojutrze, a będziesz miał dwa dni wolne. Na egzaminie udawałem schrypniętego. "Pan do teatru dla głuchoniemych? - huknął na mnie Zelwerowicz. - W niedzielę ferujemy wyroki. Jak panu gardło nie wyzdrowieje, to niech pan nie przychodzi". Obkułem Papkina. Zacząłem i słyszę tłumione śmiechy - albo jestem taki dobry, albo kompletna rura. Spytali, kto mi pomagał. Mówię, że Edward Dziewoński. I tu ryk śmiechu: "To widać, to widać...". Wspaniały, złośliwy karzeł Jacek Woszczerowicz chciał mnie obejrzeć w ruchu. Zaproponowałem wciąganie po linie. Był wystarczająco próżny, by pokazać swoją wersję. Patrzę na to i odzywam się jak kretyn: "Niedobrze pan to robi - cud, że mnie nie wyrzucił. - Przede wszystkim powinien pan spróbować, czy ta lina jest wystarczająco mocna. A wciągając się, trzeba ją też chwytać nogami". Pokazałem, rozłożył ręce. Kilka miesięcy mnie nie dostrzegał. W końcu podszedł: "Złoty panie, oni się męczą, nie zawsze mają poczucie ciała. Niech pan weryfikuje, czy mam oglądać to, co robią, czy nie". Zostałem jego asystentem.

Uczeń Leona Schillera i Aleksandra Zelwerowicza występował na wielu scenach i zagrał ponad dwieście ról. Nie zabiegał o nie. Czekał. Miał szczęście, bo jak twierdził przychodziły do niego same. Różne, ciekawe, mniej ciekawe, z przewagą tych pierwszych. Grał najczęściej amantów i czarne charaktery w teatrach Wrocławia, Poznania, Łodzi i Warszawy a na koniec pracy w tym zawodzie dołączył do grupy komediowej w teatrze Syrena".

Kobiety oprócz aktorstwa były jego największą pasją, nieco mniejszą sport i dobre samochody. Tym, którzy pamiętają go z występów w komediowo-estradowym Teatrze Syrena zwykle z ról drugoplanowych aż trudno uwierzyć, że wprawdzie zaczynał w „Fircyku w zalotach”, ale zagościł tez w przedstawieniach poważnych, grał m.in. Księcia Józefa Poniatowskiego w „Królu i aktorze” u Adama Hanuszkiewicza w Poznaniu, Przełęckiego w „Uciekła mi przepióreczka” w Teatrze Ludowym w Warszawie. Rokiem przełomowym był z pewnością 1958 kiedy to Erwin Axer zaprosił go do zespołu Teatru Współczesnego, jednej z najbardziej prestiżowych scen teatralnych w Polsce. I udział w „Operze za trzy grosze”, którą reżyserował Konrad Swinarski. Spektakl obrósł legendą nie tylko z powodu nazwiska reżysera ale też wykonawców Polly grała Kalina Jedrusik, Jenny Zofia Mrozowska, Molly Barbara Wrzesińska. W obsadzie znalazły się takie tuzy aktorstwa jak Tadeusz Łomnicki, Zbigniew Zapasiewicz, Kazimierz Opaliński, czy Mieczysław Czechowicz. Pluciński zaś grał rolę główną, czyli Mackie Majchra. Jedyną, jak się potem okazało role główną w swojej artystycznej karierze. Pozostał jeszcze kilka sezonów we Współczesnym potem przeniósł się do Polskiego grając w spektaklach Bardiniego, Krasowskiego, czy Skuszanki. W sztukach Moliera, Potockiego, Zapolskiej, czy Fredry. W 1975 roku pojawił się gościnnie w Syrenie. I tam już pozostał. Zapewne przekonał się, że to właśnie komedia jest jego żywiołem.

Nawet w czasach, kiedy nie było popularnych kolorowych tygodników relacjonujących życie prywatne gwiazd ekranu o jego podbojach miłosnych było głośno. Nigdy zresztą się z tym nie krył. W cytowanym wyżej wywiadzie dla "Rzeczpospolitej" tak o tym mówił: - Cóż, umacniałem tradycje artystyczne poślubiając kolejne żony. Pierwsza była śpiewaczką operową o wielkim głosie i wspaniałych warunkach. Przez Wrocław i Poznań trafiliśmy w końcu do Warszawy. Odkryła, że nie należę do monogamistów. Rozeszliśmy się. Zadurzyłem się nieludzko w aktorce. Ożeniłem się, bo kobiecie nigdy nie mówię: nie. Wydawało mi się, że do końca życia będziemy parą, ale się nie powiodło. Trzecia małżonka była tancerką wyrastającą ponad klasyczne baletowe formy. Kolejne rozstanie. Wyjechała za granicę, od lat mieszka w Paryżu. Spotkałem w teatrze czarnooką aktorkę. I w czasie, gdy ją uwodziłem, moja druga żona pobrała się z jej ojcem. Potem i my założyliśmy rodzinne gniazdo, przyszli na świat synowie. Powstała dość komiczna sytuacja: ze swojej drugiej żony uczyniłem najpierw teściową, po czym... babcię. Na szczęście umiemy to przyjąć z uśmiechem. Z ojcem mojej czwartej żony, znakomitym aktorem, siedziałem nawet w jednej garderobie. Kiedy jego wnukowie, czyli nasi synowie już się usamodzielnili, postanowiliśmy z ostatnią żoną zrobić to samo. Ale nadal możemy na siebie liczyć. Ze wszystkimi żonami zawsze żyłem w wielkiej przyjaźni, z tego też względu zaprzestałem ich publicznego identyfikowania.

Grywał w filmach Barei, w 2004 po 20 latach przerwy wrócił na ekran w filmie „Tulipany” grał oczywiście amanta z sprzed lat. Ostatnie lata życia spędził w Skolimowie.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA