fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

"Anioł": Niepokojący portret seryjnego mordercy

Malena Villa i Lorenzo Ferro (tytułowy anioł). Od piątku w kinach
Best Film
Bohater argentyńskiego filmu istniał naprawdę. Nazywano go „aniołem śmierci”. Miał śliczną twarz cherubina: delikatne rysy, blond włosy.

Pochodził z robotniczej rodziny, pełnej, niepatologicznej. Jako dziecko był bardzo nieśmiały. W 1972 roku 19-latek Carlos Robledo Pucha został w Argentynie skazany na dożywocie za 11 morderstw, 17 kradzieży, dwa porwania, gwałt.

Jego historia zainspirowała argentyńskiego reżysera Luisa Ortegę do zrealizowania „Anioła”. Buenos Aires, lata 70. Kluby tętniące rock and rollem. Bohater filmu jak Pucha jest pięknym chłopcem. Kradnie. Jak na coś ma ochotę, po prostu bierze.

Zaniepokojoną matkę zbywa drobnymi kłamstwami. Jest przeświadczony, że wszystko może mieć, bo wszystko mu się należy. Tak jest do momentu, gdy spotka na swojej drodze nieco starszego od niego Ramona, wyrachowanego faceta z przestępczej rodziny, w której Carlos dostanie do ręki rewolwer. Ale nawet Ramon będzie zaskoczony, gdy ten pierwszy raz go użyje, bo chłopak zabije. Bez powodu.

Ortega portretuje chłopca, który mógłby w szkole muzycznej grać preludia Chopina albo wcielać się w elfa w filmach dla dzieci. Ale ów „anioł” ma zero empatii, zero sumienia. Zabijanie jest dla niego równie naturalne jak oddychanie.

„Anioł” po raz kolejny potwierdza, jak wielkie zainteresowanie towarzyszy zbrodni. Nakłady biograficznych książek o seryjnych mordercach osiągają wielomilionowe nakłady, w londyńskim Muzeum Madame Tussaud największą popularnością cieszy się sala, w której prym wiedzie Kuba Rozpruwacz.

Kino też zawsze żywiło się opowieściami o mordercach. Dziś do klasyki należy „Psychoza” Hitchcocka, zrealizowana na podstawie książki Roberta Blocha z 1959 roku, gdzie cichy motel na odludziu jest siedliskiem śmierci. Krytycy i psychiatrzy protestowali, ale pod kinami od rana do późnych godzin nocnych stały kolejki, a na film spłynął potem deszcz nagród.

Dziś seryjni mordercy zagnieździli się w sztuce filmowej na dobre. Kill Bille, Hannibale, „urodzeni mordercy”, „monstra”, w Polsce – Mazurkiewicz, Kot, Marchwicki. Dziś już głośno jest o pokazywanym właśnie na festiwalu Sundance obrazie „Extremly Wicked, Shokingly Evil and Vile” o spokojnym rodzinnym życiu Teda Bundy’ego, który zabił kilkadziesiąt kobiet. Od temperamentu i nastawienia twórcy zależy, jaki obraz tworzy. Popkulturowo, z przymrużeniem oka, analitycznie zadając trudne pytania, czy po prostu z grozą i przerażeniem.

Niedawno całą gamę reakcji – od zachwytów po oburzenie – wywołał „Dom, który zbudował Jack” Larsa von Triera – bolesna spowiedź artysty, opowieść o seryjnym mordercy, psychopacie pogrążonym w depresji, walczącym z powracającym natręctwami. Trier oskarżał świat, czas, historię o degenerację.

Ortega, którego „Anioł” bardzo spodobał się recenzentom i przez Argentynę został zgłoszony jako kandydat do Oscara, estetyzuje zbrodnię. Tworzy fascynujący obraz, tętniący współczesnym rytmem i na tym tle rysuje na ekranie portret człowieka kompletnie zdehumanizowanego.

Na pierwszy rzut oka powstał film amoralny, w którym mordowanie daje bohaterowi – pięknemu, atrakcyjnemu i całkowicie pozbawionemu sumienia – jakże atrakcyjne poczucie wolności. Zostawia widza w pustce. Ale Ortega liczy, że on tę pustkę sam wypełni refleksją. Może w dzisiejszym świecie najważniejszą: na temat genezy zła.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA