fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Festiwal Biegowy

Grzegorz Sudoł: Wiemy, kto może dobrze pobiec

Grzegorz Sudoł
materiały prasowe
Były chodziarz Grzegorz Sudoł, brązowy medalista mistrzostw świata i wicemistrz Europy na 50 km, o dopingu wśród amatorów.

Wskazał pan trenerów personalnych jako osoby, które ułatwiają amatorom dostęp do dopingu.

Spotkałem się z takimi sytuacjami w siłowniach, rozmawiając z amatorami. Ktoś mi wysłał do oceny listę odżywek, które dostał do stosowania. Spojrzałem i zobaczyłem, że w tym wykazie było 5–6 składników, które są niedozwolone. Mnie to zszokowało, bo nie był to podstawowy środek dopingowy, ale bardziej wyszukane. Niektórych w ogóle nie znałem i szukając informacji, dowiedziałem się, że to są substancje zakazane. Dużo trenerów personalnych wywodzi się ze sportów siłowych. To oni mogą być potencjalnym źródłem takich porad. Jeśli ktoś poprawia swoje wyniki, to robi reklamę trenerowi, który dzięki temu ma więcej klientów.

Biegaczy to też dotyczy?

W większości ich trenerami są byli zawodnicy, którzy kiedyś startowali na dobrym poziomie i nie splamili się dopingiem. Dlatego nie mają pomysłów, żeby chodzić na skróty i aplikować swoim podopiecznym takie środki.

Co się pojawiało na liście?

Na pewno były testosteron i hormon wzrostu. Niektórych nazw już nawet nie przytoczę, dopiero kiedy wpisałem je w internecie, to wyskakiwały mi jako obecne na liście zakazanych. Każdy powinien uważać. Dużo jest też środków zanieczyszczonych.

Trudno się w tym wszystkim połapać, zwłaszcza amatorom.

Nawet czołowy kulomit świata Konrad Bukowiecki miał odżywkę z wielkim napisem na puszce „Doping free", a okazało się, że jakaś jej partia była trefna. Mówi się, że nawet do 20 procent odżywek może być zanieczyszczonych. Trzeba uważać szczególnie na te produkowane w USA, wypuszczane przez mniej znane marki, dopiero wchodzące na rynek. Tak przynajmniej wynika z prowadzonych badań.

Jak zatem kupować odżywki?

Stawiajmy na sprawdzone – takie, które mają certyfikaty i są długo na rynku.

Przytaczał pan dane z triatlonu, świadczące o dużej skali dopingu. Czemu akurat o tej dyscyplinie pan powiedział?

Jestem w triatlonie jako trener. Współpracuję z grupą Iron Dragon Team z Zabierzowa. Startowałem w tym roku jako ambasador na połowie dystansu Iron Man w Gdyni. Traktuję to jako formę roztrenowania po zakończeniu kariery sportowej, ale też poznania dyscypliny, jej specyfiki, żeby lepiej pomagać swoim zawodnikom. Dotarłem do informacji z zawodów Iron Man we Frankfurcie z 2013 roku, podczas których przebadano 2997 osób. Ponad 20 procent uczestników przyznało się do stosowania erytropoetyny, hormonu wzrostu czy innych środków anabolicznych. Przy publikacji wyników zaznaczono, że ponad 50 procent ankiet zostało wypełnionych w języku angielskim, bo byli tam zawodnicy z całego świata, więc nie można zrzucać winy na sportowców niemieckich. Samo badanie pokazuje jednak skalę problemu. Czemu tak się dzieje? Nie wiem, może chodzi o to, że triatlon to drogi sport. Ludzie mają pieniądze i nie zastanawiają się nad kosztami. W bieganiu czy innych sportach może też jest taki problem, ale brakuje kontroli antydopingowych, które by to potwierdziły.

Czy środowisko sportowców ma zdolność do wyczuwania nieuczciwych konkurentów?

Wśród sportowców są osoby podejrzane, które kiedyś miały problemy na bieżni, a teraz startują w biegach ulicznych, bo tutaj jeszcze nie są „spalone". Jeśli ktoś podczas imprezy biegowej startuje na wysokim poziomie rano, potem wieczorem, a następnego dnia dorzuci jeszcze półmaraton, to coś jest nie tak. Najwięcej podejrzeń było wobec zawodników ukraińskich i z innych krajów postkomunistycznych. Część organizatorów z tym walczy, bo wątpliwości są dość duże. Jak to robią? Na przykład wprowadzając oddzielną klasyfikację dla Polaków czy zawodników Unii Europejskiej i dając im gratyfikacje finansowe. Był taki moment, że przyjeżdżała grupa zawodników z Afryki, szczególnie Kenijczyków, która wygrywała wszystko, jak leci. W Krakowie wygrywali bieg nocny, rano minimaraton, a potem jeszcze coś innego.

Dlaczego amatorzy biorą doping? Próbują się bawić w policjanta i złodzieja – gdy raz spróbują i nikt ich nie złapie, dostają sygnał, że mogą i chcą ciągle się poprawiać?

Niektórzy są świadomi, że nie ma badań na zawodach dla amatorów, przecież nikt nie bierze zwycięzców w kategoriach wiekowych na testy. Może wychodzą z założenia, że jeśli uda im się trenować mniej, a być w dobrej formie, to czemu nie sięgnąć po taką przewagę. Jeśli kogoś stać na rower za 70 tysięcy złotych, to stać go i na doping za 10 tysięcy. Istotne jest nie tylko to, kto sprzedaje doping, ale też kto go podaje: trzeba wiedzieć kiedy, ile, jak. Są różne dawki, różne pory treningu. To są pokusy: mam dostęp, mogę kupić, będę mieć lepsze wyniki i poklask wśród znajomych czy w pracy.

Można się pochwalić zdjęciem z medalem na Facebooku czy Instagramie...

Dokładnie tak. Zrobić coś szybko. Napisać: jeszcze pół roku temu wyglądałem tak, a dzisiaj wyglądam świetnie i biegam. Taki wynik jest ciężko osiągnąć szybko, bez wspomagania. Warto mieć świadomość, że spalacze tłuszczu też często są zanieczyszczone. Niektórzy może robią to z premedytacją, dla zabawy, sprawdzenia, jak mocno mogą się poprawić. Ciężko mi czasem tych ludzi zrozumieć, bo nigdy nie używałem dopingu, raczej się nim brzydziłem.

Jak walczyć z dopingiem u amatorów?

Samo wpisanie frazy „kontrola antydopingowa" do regulaminu imprezy może odstraszać, nie musi być nawet przeprowadzona. Słowo „wybiórcza" powoduje, że ludzie nie są pewni, czy była, w głowie zostaje przekonanie, że oni po prostu na nią nie trafili. Na forum potem nie będą pytać, kto był na testach. Środowisko biegaczy samo wie, kto może dobrze pobiec. Pamiętam, jak po jednym z biegów zawodnik mówił, że on może przegrać tylko z dwoma rywalami w Polsce, a zwyciężył ktoś zupełnie mu nieznany. Potem okazało się, że ten człowiek miał wspólnika na trasie, który przewiózł mu chip na rowerze, a sam pojawił się na trasie na początku i na końcu.

U zawodowców to sito jest coraz gęstsze?

Trzy miesiące przed imprezą trzeba wypełnić formularz Światowej Agencji Antydopingowej (WADA) z programu antydopingowego ADAMS. W każdym dniu trzeba zaznaczyć, gdzie się będzie przebywać. Potem podaje się okno godzinowe, kiedy można robić testy. Zawsze wpisywałem godziny 6–7 rano. Teraz wprowadzono też możliwość aktualizacji danych, bo przecież może coś wypaść, są sytuacje losowe w życiu. To ułatwienie, ale też stwarzające możliwość kombinowania, bo na dobę, dwie godziny przed kontrolą można zmienić wskazane miejsce pobytu. Niektórzy zawodnicy kombinowali, sprawdzali, jak to działa, ale na szczęście potem mieli dwa razy więcej kontroli.

—rozmawiał Łukasz Majchrzyk

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA