fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Felietony

Chrabota: Do premiera Glińskiego, by nie walczył z artystami

Wikimedia Commons, Domena Publiczna
Dokładnie co do dnia, sto jeden lat temu, 19 października 1918 roku, w Jekaterynosławiu nad Dnieprem, urodził się Aleksander Arkadjewicz Galicz, jeden z pierwszych rosyjskich bardów, poeta, kompozytor i emigrant. Podobnie jak Mandelsztam był rosyjskim Żydem, potomkiem inteligenckiej rodziny, która skorzystała na rewolucji i na początku lat 20. przeniosła się do stołecznej Moskwy.

Ojciec Galicza, Aron Ginzburg, był ekonomistą, matka, Fanny Weksler, pracownicą konserwatorium. Obaj ich synowie, Aleksander i Walery, wybrali modną w końcu lat 30. edukację artystyczną. Walery zajął się filmem, Aleksander teatrem. Jako obiecujący poeta i dramaturg trafił do słynnego Studia Dramatycznego Konstantina Stanisławskiego i zapewne jego kariera pod skrzydłami wielkiego mentora szybko by się rozwinęła, gdyby nie wojna.




Do armii nie trafił ze względu na wadę serca. Wysłano go za to na głęboką prowincję, do placówek teatralnych w Groznym i w okolice Taszkientu. Nie traktował tego zresztą jako deklasacji. Taka była ścieżka artystyczna twórców w Związku Sowieckim. Na miejsce w teatrach Moskwy czy Leningradu trzeba było sobie solidnie zapracować. I możliwe, że przydarzyłoby się to i Galiczowi, gdyby nie inna rola, w którą się wcielił, i która ostatecznie zaprowadziła go na emigrację. Tą nową rolą było pieśniarstwo, początkowo wzorowane na tradycyjnych romansach Wertyńskiego, ale potem coraz bardziej zbuntowane, odstające od sowieckich wzorców systemowych i niezależne.

O czym śpiewał Galicz? O wojnie, o samotności, o nieszczęściu powrotu do odmienionego, poszarpanego przez system świata. Nie, nie było w tym antykomunistycznego buntu wyrażonego explicite. Galicz, podobnie jak Okudżawa, był nie tyle przeciw, co poza systemem, a jego główną bronią były emocje, jakie wyzwalał w słuchaczach. Nostalgia, poczucie wyobcowania, żal i smutek były niedostatecznie socrealistyczne, by mogły być akceptowane przez czynniki oficjalne.

Szybko dostrzegła to władza. Dostał zakaz druku i występów. Nie interesowała się nim sowiecka fonografia. Śpiewał wyłącznie w prywatnych domach i tylko nagrania jego piosenek, w miarę upowszechniania się w Związku Sowieckim wynalazku magnetofonu, krążyły coraz szerzej w nielegalnych kopiach. Wystąpił oficjalnie raz, na festiwalu bardów w Nowosybirsku w marcu 1968 r., co skończyło się falą donosów i prawdziwą nagonką, którą rozpętano wokół poety.

Rok później stał już po przeciwnej stronie. Publikacja tekstów piosenek w emigracyjnym „Posiewie" zrobiła z niego oficjalnego wroga ojczyzny. Wylano na niego kubeł pomyj, uznając zarazem za antysemitę i syjonistę, pozbawiono praw członkowskich w związkach twórczych i objęto osobistym nadzorem szefa KGB Jurija Andropowa. Nagonkę przypłacił ciężką chorobą serca i trzema zawałami. W 1972 r., już jako dysydent, przyjął chrzest z rąk innego dysydenta ojca Aleksandra Mienia. Dwa lata później był na Zachodzie z zakazem powrotu do socjalistycznej ojczyzny. Najpierw w Norwegii, potem w Monachium znalazł sobie miejsce na antenie Radia Swoboda, odpowiednika polskojęzycznej rozgłośni Radio Wolna Europa. Jego audycje „Galicz przy mikrofonie" gromadziły tysiące słuchaczy na całym świecie i miliony w ZSRR. Zmarł w 1977 r. w Paryżu, tuż po nagraniu kolejnego programu w lokalnym studiu Radia Swoboda.

Okoliczności śmierci do dziś nie są jasne. Pewne jest jedno, uległ porażeniu prądem podczas instalowania pod nieobecność żony anteny nowo zakupionego stereofonicznego odbiornika radiowego. Żona znalazła go leżącego pod oknem z poparzonymi dłońmi. Zagadkę dziwnej śmierci wyjaśniła policja. Podczas próby mocowania anteny doszło do przebicia i Aleksandra poraziło wysokie napięcie. Tyle śledczy.

Antykomunistyczna emigracja natychmiast uzupełniła ten przekaz wersją o zabójstwie dokonanym przez wysłanników KGB. Czy tak było, do dziś nie wiemy na pewno. Ale nie to jest ważne. 40 lat po śmierci Aleksander Arkadjewicz Galicz triumfuje, głównie w Rosji, bo świat słabo go pamięta. Przywrócono mu z honorami obywatelstwo i prawa w stowarzyszeniach twórczych. Nazywa się jego imieniem szkoły i organizuje przeglądy jego twórczości. Wrócił do oficjalnego obiegu wraz z wielkimi bardami jego czasów, konkurentami zarazem i druhami, Włodzimierzem Wysockim i Bułatem Okudżawą. Za życia buntownik i niezrzeszony, kontestator oficjalnej polityki państwowej i „wraża elita". Doceniony po śmierci i wyniesiony na pomniki, czyli tam, gdzie jego miejsce. Na zawsze upewnia w przekonaniu, że domeną sztuki jest wolność, a walka z artystami, kończy się systemową klęską doktrynerów. Tak, nie warto walczyć z artystami.

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA