fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Felietony

Witold M. Orłowski: Limit, który uwiera

Fotorzepa, Jerzy Dudek
Niestety, hołduję przestarzałej idei, że z nadmiernego zadłużenia mogą jednak wyniknąć kłopoty, a limit długu w konstytucji należy raczej zachować.

Nie podoba się, oj, nie podoba zapisany w konstytucji limit długu publicznego. Krytykuje go zgodnie szeroka, ponadpartyjna koalicja, pod wodzą nie byle kogo, bo samego ministra finansów. Przedstawiciele rządu mówią, że we współczesnym świecie limit zadłużenia to jakiś śmieszny anachronizm, którego broni tylko garstka skostniałych dogmatyków. Nikt go przecież nie przestrzega, od USA i Niemiec poczynając, a na Kongu i Bhutanie kończąc. Te 60 proc. to jakaś bzdura – mówi sam minister, dzielnie wspierany przez młodego zastępcę – nawet Bank Światowy już wie, że właściwym limitem jest dziś 85 proc. A jutro pewnie 100 proc.

Wystrzeganie się długu to jakaś odziedziczona po Leszku Balcerowiczu fobia – dodaje z kolei część wertujących dane statystyczne analityków. Proszę bardzo, dług nam dziś rośnie, a oprocentowanie obligacji jest niskie, jak nigdy. Więc ewidentnie rynek nie interesuje się już poziomem długu. A poza tym Afganistan i Libia mają mniej niż 10 proc. PKB długu, a Japonia ma 240. No i proszę popatrzeć, gdzie ludziom żyje się lepiej? Z kolei grupa młodych lewicowych ekonomistów dowodzi, że to właśnie przez narzucony sztucznie limit młode pokolenie Polaków ma pensje niższe niż w zachodniej Europie. Średnio w Unii poziom długu jest o 30 punktów procentowych wyższy niż w Polsce, trzeba więc koniecznie jak najszybciej podnieść dług do takiego właśnie poziomu, a problemy kraju same się rozwiążą. Zwłaszcza że długu nie trzeba będzie nigdy spłacać, wystarczy, że nasz bank centralny wydrukuje więcej pieniędzy.

No cóż, z żalem stwierdzam, że chyba też muszę należeć do skostniałych dogmatyków. Niestety, hołduję przestarzałej idei, że z nadmiernego zadłużenia mogą jednak wyniknąć kłopoty, a limit długu w konstytucji należy raczej zachować. Dlaczego?

Oczywiście nie po to, by w obecnym lub przyszłym roku zmuszać rząd do zaciskania pasa i rezygnacji z aktywnej walki z kryzysem. To jasne, że w wyjątkowych warunkach, które mamy obecnie, deficyt musi wzrosnąć, a dług może przekroczyć limit, jeśli jest to konieczne. Do tego nie trzeba zresztą wcale zmieniać konstytucji, bo o tym, co robić gdy grozi przekroczenie limitu, decyduje zwykła ustawa.

Po drugie jednak, limit konstytucyjny – tak jak inne reguły fiskalne – nie został wcale wprowadzony po to, by zakazywać wzrostu długu w czasie ciężkiego kryzysu. Reguły fiskalne są po to, by zachęcać rządy do ograniczenia zadłużenia w czasach gospodarczego prosperity (niestety, u nas nie zadziałały, bo rząd wolał zwiększać wydatki).

No i po trzecie, jeśli nie ograniczamy długu w czasach prosperity, a gwałtownie zwiększamy go w czasie kryzysu, to znajdujemy się na ścieżce ciągłego wzrostu relacji długu do PKB. Aż do poziomu, który kiedyś może zagrozić stabilności gospodarczej kraju.

No i bardzo dobrze, odpowiadają zwolennicy zniesienia limitu, USA też mają coraz wyższy dług i nic im nie zagraża. Zgoda, w przypadku USA pewnie tak jest. Ale w przypadku Grecji już tak nie było. A w przypadku Argentyny, kraju który od 150 lat regularnie się zadłuża, a potem bankrutuje, efektem stała się historyczna, gospodarcza katastrofa: jeden z najbogatszych krajów świata w roku 1950 ma dziś dochód na głowę mieszkańca niższy niż Bułgaria.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA