Mów mi: wuju!" – zakrzyknął jowialnie sprytny Onufry Zagłoba do Rocha Kowalskiego, oficera, który eskortował na zatracenie przebiegłego szlachcica i jego towarzyszy na polecenie księcia Janusza Radziwiłła w „Potopie". Zaś urabiając głupawego szlachcica, Zagłoba perorował dalej:
„– A czy ty wiesz, Rochu, co to jest wuj?
– Wuj – to wuj.
– Bardzoś to roztropnie wykalkulował, ale przecie, gdzie ojca nie ma, tam, Pismo mówi: wuja słuchał będziesz".
Relacje między wujem Daniela Obajtka a obecnym prezesem Orlenu nie były, najdelikatniej mówiąc, tak kordialne, jak szybko kordialne stały się relacje Zagłoby z Kowalskim, zwłaszcza gdy pomogła gorzałka. Litania wyzwisk, jakimi Obajtek obdarzył swego krewnego, jest nawet w pewnym sensie godna podziwu.
Słabe jest tutaj tłumaczenie się chorobą – w jednym z wywiadów sam Obajtek twierdził, że nie zdiagnozowano u niego akurat koprolalii. Zresztą w nagranej rozmowie przekleństwa składają się w logiczny ciąg i nie są rzucane przypadkowo.
Wielu komentatorów twierdzi, że niemal każdy przeklina. Cóż, ja znam całkiem sporo osób, które przeklinają w prywatnych rozmowach bardzo rzadko albo wcale i sam się chyba do takich zaliczam, więc może to ze mną jest coś nie tak. Mówią też, że prywatna rozmowa to właśnie sprawa prywatna i nikogo za nią rozliczać się nie powinno.
W jakimś stopniu jest to prawda – w prywatnych okolicznościach osoby publiczne oczywiście pozwalają sobie na więcej. To jednak nie oznacza, że ton takich konwersacji jest bez znaczenia. Podobnie jak nie był bez znaczenia ton pamiętnych rozmów u Sowy i Przyjaciół. Jeśli już dane nam jest zapoznać się z zakulisowymi dialogami, dowiadujemy się naprawdę sporo o naturze i charakterze ludzi, którzy roszczą sobie pretensje do bycia elitą.
Jak ktoś się wyraża, po jakie sięga skojarzenia, jakimi operuje pojęciami czy przekleństw używa jako przecinka – wszystko to wiele nam mówi o człowieku i absolutnie nie jest bez znaczenia. Pokazuje i klasę (lub jej brak), i wychowanie, i pochodzenie, i stosunek do innych. W tym konkretnym przypadku nie wygląda to zbyt ciekawie.
Marzę o tym, żeby – jeśli już muszą na jaw co jakiś czas wychodzić kolejne nagrania zrobione z ukrycia – kiedyś wyszły takie, w których rozmówcy, niezależnie od tematu rozmowy, pokażą się przynajmniej jako prawdziwi, stuprocentowi inteligenci – dowcipni, z erudycją i polotem, sypiący jak z rękawa odniesieniami do historii i literatury. Niestety, jak na razie najbliżej tego było „ja cię nie mogę" Jarosława Kaczyńskiego. Znikąd nadziei?
Autor jest publicystą tygodnika „Do Rzeczy”