fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Felietony

Witold M. Orłowski: Czy idziemy w stronę stagflacji

Adobe Stock
Przyznanie się do własnych porażek nie jest przyjemne. Ale rządzący muszą zdać sobie sprawę z tego, że jeśli Polska utknie w stagflacyjnej pułapce, nawet telewizja publiczna nie zdoła tego problemu ukryć.

Spór o sądy przysłonił fakt, że z gospodarki płyną bardzo niepokojące sygnały. Z jednej strony wzrost PKB wyhamował prawie do zera (wzrost mierzony z kwartału na kwartał, z uwzględnieniem czynników sezonowych). Z drugiej strony inflacja w styczniu sięgnęła 4,4 proc. w skali 12 miesięcy. To poziom nienotowany od lat, niemal 1 pkt proc. ponad górną granicą inflacji dopuszczanej przez NBP.

Czy mamy do czynienia tylko z krótkookresową zadyszką, która szybko minie, czy z głębszymi problemami? W którą stronę zmierza po czterech latach realizacji rządowej strategii na rzecz odpowiedzialnego rozwoju (SOR) polska gospodarka?

Krótka i dłuższa perspektywa

Nie ma wątpliwości, że bezpośrednią przyczyną gwałtownego wyhamowania wzrostu PKB są czynniki niezależne od polityki gospodarczej Polski, wynikające głównie z przemysłowej recesji w Niemczech. Na razie u naszego sąsiada nie widać wyraźnych oznak poprawy sytuacji, więc niemal pewne jest dalsze spowolnienie wzrostu w pierwszych kwartałach 2020 r.

Bardziej złożona jest ocena inflacji. O obserwowany dziś dynamiczny wzrost cen trudno obwiniać świat – inflacja w strefie euro pozostaje niska, podobnie jak światowe ceny ropy. Skok inflacji częściowo wynika z czynników od nas niezależnych, np. polityki klimatycznej UE czy kiepskich warunków pogodowych.

Nie ma jednak wątpliwości, że na wzrost cen usług bezpośredni wpływ miało też silne zwiększenie płacy minimalnej, a na kumulację podwyżek cen energii przedwyborcza operacja ich zamrożenia w 2019 r. Rada Polityki Pieniężnej miała cztery lata na to, by nie dopuścić do wymknięcia się inflacji spod kontroli. NBP prezentował uspokajające projekcje mówiące o braku zagrożenia inflacyjnego, a jeszcze w grudniu głosował wniosek o obniżkę stóp. Wbrew ocenom rządu i NBP jest niemal pewne, że w najbliższych miesiącach inflacja utrzyma się na obecnym, niepokojąco wysokim poziomie, a może nawet rosnąć.

Obecne krótkookresowe wahania koniunktury nie stanowią jednak istoty problemu. Nastroje w światowej gospodarce w końcu się poprawią, a ożywienie w strefie euro spowoduje ponowne przyspieszenie polskiego eksportu i PKB – jak nie za kwartał, to za dwa lub trzy. Podobnie rzecz się ma z inflacją. Po gorszym urodzaju zazwyczaj przychodzi lepszy (choć w tym roku sytuacja nie wygląda dobrze), a jednorazowy wzrost cen energii czy wywozu śmieci podnosi wskaźnik inflacji tylko na okres 12 miesięcy. Gdyby więc chodziło tylko o zjawiska krótkookresowe i przejściowe, nie byłoby się czym martwić. Niestety, są powody sądzić, że przed gospodarką rysują się problemy poważniejsze, które same z siebie nie ustąpią. Nawet jeśli sytuacja na świecie się poprawi, tempo wzrostu PKB zapewne nie powróci do poziomu sprzed spowolnienia, a inflacja sama z siebie nie spadnie do niskiego poziomu.

Ryzyko wolniejszego wzrostu...

Dlaczego nawet poprawa koniunktury światowej nie spowoduje powrotu do beztroskich lat szybkiego rozwoju? Na dłuższą metę o wzroście PKB nie decyduje polityka podziału dochodów (choć jest ważna), ale głównie zdolność gospodarki do wytwarzania większej wartości dodanej, czyli dostarczania na globalny rynek większej ilości bardziej konkurencyjnych towarów. Prosta zasada ekonomii, znana studentom pierwszego roku, mówi, że można to osiągnąć tylko poprzez zwiększanie zasobów kapitału ludzkiego (czyli ilości oraz kwalifikacji pracowników), zwiększanie kapitału produkcyjnego (czyli wyposażenie pracowników w nowocześniejsze narzędzia i maszyny) oraz podniesienie innowacyjności i poziomu technologicznego gospodarki (co w dużej mierze odbywa się też poprzez inwestycje modernizujące kapitał produkcyjny).

Jakie są więc perspektywy poprawy w tych trzech obszarach? Na rynku pracy, po 30 latach transformacji, udało się osiągnąć stan zerowego bezrobocia, czyli sytuację, gdy każdy, kto chce znaleźć pracę, nie ma z tym problemów (choć problemem może być to, czy oferty są satysfakcjonujące). Na obszarach zurbanizowanych mamy wręcz do czynienia z nadwyżką popytu na pracę, a więc firmy nie mogą znaleźć pracowników.

To, co z punktu widzenia pracownika jest oczywistym sukcesem, tworzy jednak problemy dla dalszego wzrostu gospodarczego. Według prognoz liczba ludności w wieku 18–65 lat będzie się kurczyć o 1 proc. rocznie. Wywoła to dalszy wzrost kosztów pracy, może też zahamować rozwój wielu firm (według PwC, do 2025 r. może zabraknąć nawet 1,5 mln pracowników).

Deficytowi pracy można przeciwdziałać, np. zachęcając do wzrostu aktywności ekonomicznej i późniejszego przechodzenia na emeryturę oraz przyciągając do Polski wykwalifikowanych pracowników z zagranicy. Niestety, w ostatnich czterech latach w strategii rządu nie znalazło się wiele miejsca na takie działania. Zamiast tego obniżono wiek emerytalny, zwiększono transfery socjalne niezwiązane z pracą oraz, według powszechnej opinii, w jawny sposób zaczęto utrudniać życie imigrantom ekonomicznym.

Z deficytem pracowników firmy mogą sobie radzić, np. zwiększając skalę inwestowania i masowo wprowadzając pracooszczędne technologie. Niezależnie od inwestycji niezbędnych do utrzymania wzrostu produkcji konieczne jest też podniesienie poziomu technologicznego naszej gospodarki, zwłaszcza wobec rewolucji przemysłowej na świecie (prowadzącej do automatyzacji produkcji, dzięki której obsługiwana przez roboty fabryka aut w Niemczech może być niedługo bardziej efektywna od fabryki w Polsce – przypomnę o decyzji budowy gigantycznych zakładów Tesli pod Berlinem).

Wedle rządowej strategii warunkiem wyrwania się z „pułapki średniego rozwoju" miał być wzrost udziału inwestycji w PKB z nędznych 20 proc., które pozostawili poprzednicy, do 25 proc. Udział ten w ostatnich czterech latach nie tylko nie wzrósł, ale wręcz spadł do 18 proc. Przy tak niskim poziomie inwestowania polskie firmy nie tylko nie mają szans na sprawne uporanie się ze zjawiskami wzrostu kosztów pracy i energii, ale nawet nie budują zasobów majątku produkcyjnego niezbędnego dla utrzymania dynamiki rozwoju. Niepowodzenie w tworzeniu warunków zachęcających do inwestowania w czasie, kiedy pchały do tego wszystkie obiektywne czynniki (od koniunktury rynkowej, poprzez rosnące koszty pracy, na tanim pieniądzu kończąc), należy uznać za największą porażkę polityki gospodarczej ostatnich lat.

Sukcesów nie widać też we wzroście innowacyjności. Mniejsza o flagowe projekty opisane w SOR, których symbolem jest rdzewiejąca stępka promu i wizja miliona aut elektrycznych (powstaną, ale w Berlinie). Zabrakło realistycznej i skutecznej strategii tworzenia zachęt do wzrostu innowacyjności polskich firm, wspartej przez zmiany w edukacji i nauce.

Wygląda na to, że nawet jeśli koniunktura na świecie się poprawi, to wzrost PKB w Polsce i tak będzie przez wiele lat rozczarowująco niski, bo rosnącego popytu nie będzie jak zaspokoić.

...i wyższej inflacji

Mamy perspektywę wielu lat wolniejszego wzrostu, a z drugiej strony – trwale podwyższonej inflacji. Dlaczego to groźba realna?

Aby odpowiedzieć, trzeba znowu przypomnieć rzeczy oczywiste. Otóż inflacja ma zwykle dwie fazy. W pierwszej następuje kumulacja czynników prowadzących do wzrostu cen (jak obecnie). Potem mamy tzw. efekty drugiej rundy, czyli żądania indeksacji płac związane z oczekiwaną wyższą inflacją, które z kolei przekładają się na dalsze podwyżki cen.

Mechanizm ten działa tym mocniej, im niższe jest bezrobocie, bo przy niedoborze pracowników pracodawcy muszą akceptować większe podwyżki (u nas wspierane przez obiecany przez rząd szybki wzrost płac minimalnych), przekraczające wzrost wydajności pracy. W najbliższych latach tak będzie wyglądać sytuacja w Polsce.

Czynników prowadzących do wzrostu cen też nie zabraknie. Na pierwszym miejscu postawiłbym ceny energii. Procesu tego, związanego z rosnącymi kosztami wytwarzania prądu z węgla, na pewno nie da się zatrzymać. Tymczasem mamy do czynienia z brakiem jakiejkolwiek strategii energetycznej rządu, co pod presją lobby węglowego prowadzi do dryfu i perspektywy jeszcze większego wzrostu cen energii w przyszłości.

Nie ma wątpliwości, że czynnikiem stabilizującym polską inflację na niskim poziomie jest niska inflacja w całej UE. Ale działa to tylko tak długo, jak długo względnie stabilny pozostaje kurs złotego do euro. Może się on zmienić nie tylko z powodu trwale wyższej inflacji w Polsce, ale też pogorszenia stanu polskich finansów publicznych. Ponowne wejście na ścieżkę wzrostu deficytu, czasowo maskowane „zrównoważonym" budżetem w 2020 r. (dzięki przesunięciu wydatków do funduszy pozabudżetowych, jednorazowym dochodom i przerzucaniu problemu na samorządy), może doprowadzić do pogorszenia wiarygodności finansowej Polski.

Na dłuższą metę największym zagrożeniem są jednak fatalne perspektywy systemu emerytalnego, które pogarszają się skutkiem kolejnych decyzji o obniżce wieku emerytalnego, wypłacaniu dodatkowych świadczeń i przejadaniu (i tak niewystarczających) aktywów, które miały być rezerwami na cięższe czasy.

Przy deklarowanej przez NBP niechęci do sięgnięcia po narzędzia skutecznej (choć często bolesnej) walki z inflacją perspektywa trwałego wzrostu inflacji jest całkiem realna. A to oznaczałoby pojawienie się w Polsce zjawiska znanego w ekonomii jako stagflacja: wielu lat dość powolnego wzrostu PKB z uciążliwym wzrostem cen.

Jak uniknąć pułapki

Czy zamiast ambitnej wizji wyrwania się z pułapki średniego rozwoju, o której mówiła SOR, niebawem będziemy musieli walczyć o wyrwanie się z jeszcze gorszej pułapki stagflacji? Cenę tego, co się już stało, będziemy oczywiście musieli tak czy owak zapłacić. Ale pułapka jeszcze się nie zatrzasnęła. Jest jeszcze czas, by z niej uciec.

Przede wszystkim rząd musi się zastanowić nad tym, dlaczego polskie firmy tak niechętnie zwiększały inwestycje – i co powinien zrobić, by radykalnie poprawić klimat inwestycyjny. Należy podjąć działania zwiększające aktywność ekonomiczną Polaków, zająć się naprawą systemu emerytalnego, przyciągać do kraju imigrantów o potrzebnych gospodarce kwalifikacjach.

SOR wymaga przejrzenia i urealnienia, jeśli ma prowadzić do wzrostu innowacyjności gospodarki. Konieczne jest też pilne stworzenie takiej strategii transformacji energetycznej, która ograniczy wzrost cen energii (na to powinny zostać przeznaczone pieniądze z Unii – co prowadzi do konieczności radykalnej poprawy stosunków z instytucjami europejskimi). Należy powrócić do działań na rzecz długookresowej stabilności polskich finansów publicznych, a zwłaszcza poprawy perspektyw systemu emerytalnego (sam pomysł PPK to kropla w morzu potrzeb). A także, we współdziałaniu rządu z NBP, prowadzić politykę makroekonomiczną służącą stabilności waluty i wzrostowi wiarygodności obu instytucji, nawet jeśli oznaczałoby to konieczność sięgnięcia czasem po niepopularne narzędzia.

Przyznanie się do własnych porażek (i wyciągnięcie wniosków) nie jest przyjemne. Ale rządzący muszą zdać sobie sprawę z tego, że jeśli Polska utknie w stagflacyjnej pułapce, nawet telewizja publiczna nie zdoła tego problemu ukryć.

Prof. Witold M. Orłowski pracuje w Akademii Finansów i Biznesu Vistula. Opinie przedstawione w tekście wyrażają tylko osobiste poglądy autora.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA