fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Dyplomacja

Zmiany w MSZ. Wymiotło kilkudziesięciu dyplomatów

Jacek Czaputowicz
Fotorzepa, Robert Gardziński
W wyniku nowelizacji ustawy autorstwa PiS z MSZ odeszło 51 pracowników. Na liście nie brakuje znanych nazwisk.

Andrzej Braiter to były ambasador w Angoli, Kostaryce i Brazylii. Jest honorowym obywatelem miasta Brasília i posiadaczem najwyższego brazylijskiego odznaczenia Order Narodowy Krzyża Południa. Ten doświadczony dyplomata od początku kwietnia nie jest już jednak zatrudniony w MSZ. W przeszłości pracował dla wywiadu PRL, a dla takich osób nie ma już miejsca w polskiej dyplomacji.

To skutek przyjętej pod koniec roku przez Sejm nowelizacji ustawy o służbie zagranicznej. Projekt złożyli posłowie PiS, choć nieoficjalnie mówiło się o inspiracji ze strony kierownictwa MSZ. Ustawa wprowadziła zakaz zatrudniania w ministerstwie byłych pracowników i współpracowników służb specjalnych PRL.

Z uzasadnienia do projektu wynikało, że „liczba stosunków pracy, które wygasną na skutek zastosowania negatywnej przesłanki zatrudnienia (...) nie powinna przekroczyć sto". Jednak od początku było wiadomo, że zasięg ustawy będzie mniejszy. W październiku ubiegłego roku szef MSZ Jacek Czaputowicz mówił, że w jego resorcie jest około 40 współpracowników służb PRL.

I jego szacunki nie odbiegają znacznie od tego, jaki skutek przyniosła ustawa. „Wygaszono stosunek pracy 51 pracownikom" – informuje „Rzeczpospolitą" biuro rzecznika prasowego MSZ. Dodaje, że w tej grupie było 41 członków służby cywilnej i służby zagranicznej (czyli dyplomatów) oraz dziesięciu pracowników spoza tych korpusów.

Z ustaleń „Rzeczpospolitej" wynika, że wśród zwolnionych nie brakuje znanych nazwisk. Oprócz Braitera to m.in. były konsul w Sankt Petersburgu i Lwowie Jarosław Drozd, były ambasador w Turcji Grzegorz Michalski i były ambasador w Kuwejcie Kazimierz Romański.

Były szef MSZ i europoseł PO Dariusz Rosati uważa, że pozbycie się doświadczonych ludzi było błędem. – W PRL większość służby dyplomatycznej była powiązana ze służbami. Taki był niestety standard w demoludach – mówi. – Weryfikację trzeba było zrobić po transformacji, ale w odniesieniu do tych, którzy brali udział w zwalczaniu opozycji demokratycznej i współpracowali ze służbami sowieckimi. Stosowanie odpowiedzialności zbiorowej, i to w odniesieniu do osób, które przepracowały 30 lat dla wolnej Polski, wygląda na próbę zwolnienia posad dla swoich ludzi – komentuje.

Zauważa, że liczba tajnych współpracowników w MSZ od lat szybko się zmniejszała z powodów biologicznych. Przykładowo na początku rządów PiS było ich jeszcze około stu. Ich nazwiska co kilka lat publikowały media, a w październiku minister Czaputowicz mówił, że takie osoby nie pełnią już stanowisk kierowniczych i ambasadorskich.

Mieszane uczucia ustawa budzi też wśród pracowników MSZ. – Wśród zwolnionych pokaźną grupę stanową technicy od łączności i szyfranci, bo zobowiązanie do współpracy zastępowało w dawnych czasach certyfikat bezpieczeństwa – mówi jeden z nich nieoficjalnie „Rzeczpospolitej".

Oficjalnie MSZ przekonuje, że wejście przepisów w życie odbyło się bez szkody dla resortu. „Mimo iż wśród pracowników, z którymi wygaszono stosunek pracy w trybie ustawy, byli długoletni pracownicy, to fakt ten nie ma wpływu na jakość zadań realizowanych przez ministerstwo" – podkreśla biuro rzecznika.

Ustawy broni też Joanna Lichocka z PiS, która prowadziła nowelizację w Sejmie. – Ustawa była potrzebna, aby powiedzieć, że służba Moskwie dyskwalifikuje w służbie dla wolnej Polski, nawet jeśli dotyczy to doświadczonych pracowników – komentuje. Jej zdaniem prawdziwego rozbratu z komuną powinny dokonać jeszcze służby specjalne i uczelnie wyższe.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA