fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Dyplomacja

Nowi przyjaciele Greków

Nowy parlament Grecji. Przemawia premier Kyriakos Mitsotakis
AFP
Zazwyczaj sceptyczna wobec USA Grecja staje się czołowym sojusznikiem Ameryki Trumpa w regionie. I jednocześnie Izraela. Powód: konflikt z Turcją.

7 lipca wybory parlamentarne w Grecji wygrała konserwatywna Nowa Demokracja, pokonując rządzącą od kilku lat skrajnie lewicową Syrizę. Dziesięć dni później nowy minister spraw zagranicznych Nikos Dendias był już w Waszyngtonie. Nie zaczął od Brukseli czy innej stolicy w Unii Europejskiej, ale na cel pierwszej wizyty wybrał stolicę Ameryki, gdzie urzęduje toczący boje z czołowymi państwami unijnymi prezydent Donald Trump.

W ostatnią niedzielę minister Dendias złożył drugą od objęcia urzędu wizytę, też poza wspólnotą – w Jerozolimie. Rząd Beniamina Netanjahu to jeden z najostrzejszych krytyków prezydenta Recepa Erdogana. Trudno o wyraźniejszy dowód na to, co dla Aten jest najważniejsze: budowanie sojuszu przeciw Ankarze. Decyzja o złożeniu pierwszej wizyty w Waszyngtonie zapadła, gdy było pewne, że Turcja wbrew ostrzeżeniom Amerykanów nie wstrzyma się z przyjęciem rosyjskiego systemu rakietowego S-400.

Wizyta w Jerozolimie miała związek z konfliktem o złoża gazu we wschodniej części Morza Śródziemnego. Stronami w niej są Turcja oraz trójprzymierze Izrael–Grecja–Cypr. Porozumienie trzech małych państw ma dłuższą historię, idea wykiełkowała w 2010 roku, od kilku lat odbywają się szczyty przywódców, dotyczą przede wszystkim surowców energetycznych i bezpieczeństwa. W zeszłym roku w takim szczycie uczestniczył też sekretarz stanu USA Mike Pompeo. Proamerykański zwrot Aten dokonywał się już pod koniec rządów Aleksisa Ciprasa i Syrizy, ale teraz sprawia wrażenie totalnego. Pierwszą dyplomatyczną decyzją rządu Nowej Demokracji było uznanie, że prawowitym tymczasowym przywódcą Wenezueli jest Juan Guaidó, co z radością przyjął Waszyngton. Takie jest zresztą stanowisko UE, ale Grecja za Ciprasa nie chciała się jednoznacznie odciąć od socjalistycznego reżimu w Caracas.

Turcja wzmacnia sojusz trzech małych państw, wysyłając statki wiertnicze, które mają namierzyć złoża gazu u wybrzeży Cypru. Licencję uzyskała od władz Tureckiej Republiki Cypru Północnego, której istnienia poza nią jednak nikt nie uznaje. Wszyscy inni uznają rządzoną przez Greków cypryjskich Republikę Cypru, która jednak nie kontroluje całego terytorium wyspy.

Trudno liczyć na zakończenie sporu o cenne podwodne złoża surowców bez rozwiązania kwestii podziału Cypru, a ten od 1974 roku, gdy wojska tureckie rozpoczęły okupację północnej części wyspy, pozostaje bez zmian. – Turcja nie akceptuje tego, że w eksploatacji złóż surowców naturalnych omijani są Turcy cypryjscy – tłumaczy „Rzeczpospolitej" Özgür Ünlühisarcikli, szef ankarskiego oddziału amerykańskiego think tanku German Marshall Fund.

Ale nawet gdyby była jedna reprezentacja całej wyspy, to i tak konflikt by trwał, bo dotyczy nie tylko wyłącznej strefy ekonomicznej Cypru, lecz także nachodzącej nań granicy szelfu kontynentalnego Turcji. Zgodnie z prawem morza, nie ma więc zdaniem Özgüra Ünlühisarcikli obiektywnego rozwiązania sporu, potrzebne byłyby negocjacje stron. Ale wygląda na to, że nie szukają takiego porozumienia.

Kto mógłby być takim mediatorem? W normalnej sytuacji ONZ. Jeżeli nie, to pewnie Rosja, a nie Stany Zjednoczone. Bo ona ma dobre stosunki i z Turcją, i Cyprem.

Flirtująca z Rosją Turcja nie ma zbyt wielu partnerów w regionie. Na Bliskim Wschodzie może liczyć na wpływowy, choć mały Katar. W regionie Morza Śródziemnego wspiera uznawany przez ONZ, choć słaby rząd Libii, który atakują w Trypolisie wojska najsilniejszego człowieka kraju generała Chalify Haftara.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA