fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Brexit

Brexit: Wielka Brytania zapłaci wysoką cenę za suwerenność

24 grudnia premier Johnson zapewnia, że bardzo się cieszy
AFP
Johnson spełnił obietnicę z kampanii referendalnej z 2016 r.: kraj nie będzie już podlegał władzy brukselskiej biurokracji.

– Zaczyna się czas narodowego odrodzenia – ogłosił szef brytyjskiej delegacji David Frost.

– Warto było walczyć, mamy zrównoważone porozumienie, które chroni interesy Unii – napisała na Twitterze szefowa Komisji Europejskiej, Ursula von der Leyen.

Koniec jurysdykcji TSUE

Liczący 1250 stron gęstego, prawniczego języka dokument został jednak ujawniony dopiero w sobotę, ledwie pięć dni przed upływem przejściowych regulacji o współpracy królestwa z Unią. Dlatego już w środę ma on zostać poddany pod głosowanie tak Izby Gmin, jak i Izby Lordów, co nie będzie najbardziej doniosłym momentem w długiej historii brytyjskiej demokracji. Parlament Europejski nie zgodził się na udział w tej grze – tu ratyfikacja nastąpi po Nowym Roku (od 1 stycznia umowa wejdzie w życie na zasadzie tymczasowej).

Mimo takiego pośpiechu już widać, że z zapisów porozumienia wyłania się podstawowa konkluzja: tak, jak oczekiwało 52 proc. Brytyjczyków głosujących za rozwodem z Unią cztery i pół roku temu, Wielka Brytania zerwała większość więzów zależności, jakie ją do tej pory wiązały z unijną centralą. Nie zgodziła się na utrzymanie jurysdykcji na Wyspach (poza Irlandią Północną) TSUE: ewentualne spory będzie rozstrzygał odrębny mechanizm arbitrażowy. Londyn nie będzie też automatycznie stosował unijnych reguł pomocy publicznej, ochrony środowiska czy praw socjalnych: ma jedynie utrzymywać „równorzędne" normy, jeśli chce zachować dostęp do jednolitego rynku. Wychodząc z unii celnej z UE (znów: oprócz Irlandii Północnej), królestwo otrzymuje swobodę prowadzenia własnej polityki handlowej, w szczególności z USA. Po 5,5-rocznym okresie przejściowym Londyn będzie mógł odzyskać też kontrolę nad swoimi łowiskami, choć jeśli się na to zdecyduje, to za cenę większych barier w dostępie do unijnego rynku.

Ale koszt odzyskanej suwerenności jest bardzo poważny. Porozumienie, jak to określił lider opozycyjnej Partii Pracy Keir Starmer, jest „cienkie". Wzorem dla niego była umowa o wolnym handlu zawarta między UE i Kanadą – krajem, którego handel ze zjednoczoną Europą jest dziesięciokrotnie mniejszy.

Umowa zasadniczo sprowadza się więc do zniesienia ceł, ale już nie kontroli norm towarów, przez co kolejki tirów w Dover najpewniej pozostaną. Nie obejmuje szczególnie usług finansowych, znacznie ważniejszych dla Brytyjczyków od towarów – zgroza dla londyńskiej City. Cła mogą zresztą też wrócić na import towarów z Wysp (np. aut), jeśli będą zawierały zbyt wiele komponentów spoza królestwa. Od 1 stycznia kończy się uznawanie kwalifikacji zawodowych przez obie strony, a także swoboda osiedlania się i podejmowania pracy. Na jej miejsce Londyn wprowadza wzorowany na Australii emigracyjny system punktowy: nikt bez kontraktu na minimum 25,6 tys. GBP rocznie nie otrzyma prawa pobytu. To koniec masowej polskiej migracji na Wyspy, ale też zapowiedź braku pracowników dla brytyjskiego biznesu.

Bunt w Partii Pracy

Umowa przekreśla program wymiany studentów Erasmus. Od tej pory koszty studiowania na brytyjskich uniwersytetach będą poza zasięgiem europejskich rodzin z wyjątkiem tych najbogatszych. Sami Brytyjczycy będą mogli przebywać na kontynencie do 90 dni (w ciągu 180 dni). To stawia pod znakiem zapytania los setek tysięcy z nich, którzy mają letnie domy w Hiszpanii czy Francji. Tym bardziej że nie będą oni mogli dłużej korzystać z ubezpieczeń zdrowotnych tych krajów (do których Madryt czy Paryż masowo dopłacały).

Cena polityczna umowy jest jednak jeszcze wyższa niż cena gospodarcza. Zjednoczone Królestwo trzeszczy w szwach. Boris Johnson zgodził się ryzykowny kompromis w Irlandii Północnej, która od 1 stycznia będzie stosowała odmienne (unijne) reguły celne i towarowe niż reszta Wielkiej Brytanii (wewnątrz królestwa pojawią się kontrole graniczne). To krok ku zjednoczeniu Irlandii, tym bardziej że przypadający na 2021 r. spis ludności najpewniej pokaże po raz pierwszy większość katolików w Ulsterze (partia Sinn Fein już domaga się referendum w sprawie wyjścia z Królestwa). Z kolei rząd Szkocji ocenia koszt umowy dla prowincji na 9 mld GBP do 2030 r.: kolejny argument za niepodległością, której i bez tego chce 58 proc. Szkotów.

O ile eurosceptycy w Partii Konserwatywnej z pewnością poprą umowę, to w szeregach Labour podnosi się w tej sprawie bunt zaś Liberalni Demokraci już zapowiedzieli, że porozumienie odrzucą. Przewaga torysów jest jednak w Izbie Gmin taka, że ratyfikacja jest przesądzona.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA