fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Brexit

Brytyjczycy dali się zastraszyć

Ostatnie chwile kampanii, ostatnie sondaże: 46 procent Brytyjczyków za wyjściem z Unii, 53 procent przeciwko
AFP
W czwartek zapewne wygrają przeciwnicy Brexitu. Ale nie dlatego, że nad Tamizą kochają Europę.

Korespondencja z Londynu

– Wmówili nam, że nie potrafimy samodzielnie stanąć na dwóch nogach. Zmiana wymaga odwagi, a nam jej zabrakło. Właśnie dlatego większość ludzi godzi się na pracę na gównianych warunkach. To ten sam mechanizm – Stephen, 50-letni psycholog, nie ukrywa irytacji.

Paul, śniady mężczyzna w tym samym wieku, przytakuje: – Z powodu imigracji jest coraz więcej miejsc w Londynie, gdzie nawet policja nie chce się zapuszczać. Kiedy moi rodzice przyjechali w latach 50. z RPA, mówili po angielsku, chcieli się stać Brytyjczykami. Dziś imigranci mówią w ojczystych językach, nie integrują się. Z powodu Unii straciliśmy kontrolę nad naszym krajem – dodaje.

Topniejąca nadzieja na wyjście z Unii

Mężczyźni dopijają poranną kawę w barze sklepu Sainsbury's przy Cromwell Road. Na stoliku okładka „Daily Telegraph" i bijący czerwonymi literami po oczach apel: „Jeśli referendum w ten czwartek ma być wyborem między strachem i nadzieją, wybierzmy nadzieję".

Ale choć Stephen i Paul nie chcą tego jasno przyznać, już wiedzą: nadzieja jest w odwrocie. Podpowiada to sama gazeta, publikując znacznie już mniejszym drukiem ostatni przed głosowaniem sondaż: 53 proc. po stronie Remain, 46 proc. za Brexitem. I jeszcze informacja, że aż 69 proc. zwolenników pozostania w Unii jest gotowych pofatygować się do urn wobec 64 proc. po stronie przeciwnej.

– Największym wyzwaniem dla Davida Camerona było zmobilizowanie do głosowania młodych, lepiej wykształconych, mieszkańców Londynu i dużych miast. To mu się najwyraźniej udało – mówi „Rzeczpospolitej" Joe Twyman, dyrektor instytutu badania opinii publicznej YouGov.

Straci funt, wrócą kontrole na granicach

W ostatnich kilkudziesięciu godzinach Brytyjczycy przeżywają bezprecedensową kampanię zastraszania. Ze wszystkich stron słyszą, że poza Unią ich życie stanie się nieskończonym pasmem klęsk.

Tylko we wtorek od rana media relacjonowały ostrzeżenie George'a Sorosa – człowieka, który zmusił w 1992 r. funta do wyjścia z europejskiego systemu walutowego i zarobił na tym okrągły miliard – że w razie Brexitu brytyjski pieniądz straci jedną czwartą wartości i nie będzie wart wiele więcej niż dolar. Zaraz potem pałeczkę przejął minister finansów George Osborne, wróżąc, że już pod koniec tego tygodnia, w „czarny piątek", Brytyjczycy mogą stracić swoje oszczędności, tym razem giełdowe. W tym samym momencie do gry wkroczył David Beckham z przesłaniem, że bez Europy i jej piłkarzy Manchester United ani żadna inna drużyna ligi angielskiej nie potrafiłaby porządnie zagrać.

– To będzie decyzja nieodwracalna, która zniweczy marzenia waszych dzieci i wnuków – ogłosił wczesnym popołudniem premier David Cameron.

Zaraz potem minister spraw wewnętrznych Theresa May ostrzegła, że Brexit doprowadzi do oddzielenia Republiki Irlandii od Irlandii Północnej granicą niemal równie szczelną jak ta, która dzieliła kiedyś dwa państwa niemieckie. Zaś Jeremy Corbyn, lider Partii Pracy, powiedział swoim wyborcom, że w razie wyjścia z Unii torysi jeszcze bardziej dokręcą śrubę oszczędności, która w ostatnich sześciu latach i tak już pozbawiła Brytyjczyków wielu uposażeń socjalnych.

Kampania strachu ma też drugoplanowych aktorów występujących z przesłaniem już nie do całego społeczeństwa, ale do wybranych grup. Oto Declan Collier, dyrektor City Airport, jednego z lotnisk stolicy, ostrzegł londyńczyków, że wraz z Brexitem zakończą działalność tanie linie lotnicze i możliwość wyskoczenia na weekend do Krakowa czy na Baleary. A jego kolega z brytyjskich kolei zapowiedział, że po wyjściu z Unii gwałtownie wzrosną ceny biletów, np. rocznego abonamentu między Londynem i Oksfordem aż o 150 funtów.

Warto bić w Brukselę

Na te argumenty „Daily Telegraph" odpowiada patetycznym apelem: „Świat wielkich możliwości czeka na w pełni niepodległą Wielką Brytanię. Ten kraj jest czołową potęgą gospodarczą, jego język ma globalny zasięg, jego prawo wzbudza zaufanie, a jego reputacja nie ma sobie równych na świecie. Twierdzić, że nie będziemy potrafili żyć bez więzów narzuconych przez UE, to być defetystą" – czytamy w komentarzu redakcyjnym.

Ale gdy przychodzę do redakcji przy Buckingham Palace Road, nikt z redaktorów nie spieszy się z wytłumaczeniem stanowiska pisma. Dopiero przy wyjściu kilka minut poświęca mi młoda dziennikarka, ale pod warunkiem że nie podam jej nazwiska.

– To wszystko zaczęło się na początku lat 90., gdy niejaki Boris Johnson został wysłany jako nasz korespondent do Brukseli. Pisał o Komisji Europejskiej i o Unii bardzo krytyczne teksty, które niewiele miały wspólnego z rzeczywistością, ale świetnie się je czytało, nawet Margaret Thatcher je lubiła. Do tej pory „Daily Telegraph" idzie za ciosem i wciąż sprzedaje ponad pół miliona egzemplarzy. Walić w Unię po prostu się opłaca – tłumaczy.

Boris Johnson od dawna nie zagląda na Buckingam Palace Road. Był burmistrzem Londynu, teraz stoi na czele kampanii na rzecz Brexitu. I choć zapewne nie zastąpi po referendum Camerona na Downing Street, to przecież mówi o nim cały świat. Dla niego walka o wyjście z Unii już skończyła się sukcesem.

Schłodzenie nastrojów

Po dużych poniedziałkowych zwyżkach na giełdach całego świata wtorek przyniósł wyraźne wyhamowanie. Choć funt nadal umacniał się wobec dolara i euro, to późnym popołudniem większość europejskich indeksów giełdowych zyskiwała o mniej niż 1 proc. Polski WIG20 spadał wówczas o 0,5 proc.

Inwestorzy wyczuwają, że rosną szanse na pozostanie Wielkiej Brytanii w UE.

– Rynki przyjmują obecnie scenariusz mówiący, że do Brexitu nie dojdzie, a funt umacnia się wobec dolara. Jest poczucie, że dynamika kampanii za opuszczeniem Unii osłabła – twierdzi Bill O'Neill, szef brytyjskiego oddziału inwestycyjnego UBS Wealth Management.

—hk

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA