fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Biznes

#RZECZoBIZNESIE: Aleksander Łaszek: W walce z kryzysem najbardziej przedsiębiorcom przeszkadza chaos

materiały prasowe
Wraz z kryzysem weszły w życie elementy piątki Morawieckiego i inne wcześniejsze obietnice. W kilka lat ich koszt będzie znacznie większy od pomocy dla przedsiębiorców – mówi Aleksander Łaszek, główny ekonomista Forum Obywatelskiego Rozwoju, gość programu Pawła Rożyńskiego.

Jaki wpływ mogą mieć nowe obostrzenia na gospodarkę?

Aleksander Łaszek: Sam zasięg nowo ogłoszonych restrykcji jest mały, bardziej niepokojące są rosnące zachorowania. Bo to znaczy, że w najbliższych tygodniach bardziej prawdopodobne jest utrzymanie czy wręcz zaostrzenie restrykcji, a nie ich dalsze luzowanie. A to znowu przesuwa w czasie moment silnego odbicia gospodarki, które nastąpi, gdy obecnie zamrożone sektory zaczną normalnie działać.

Rząd dobrze radzi sobie w walce z pandemią? Firmy narzekają.

Przedsiębiorcy źle to widzą. Wielu najbardziej przeszkadza chaos. Trochę usprawiedliwia rząd to, że wszędzie na świecie sytuacja jest bardzo zmienna. To, co jednak razi w Polsce, to fakt, że często rząd niepotrzebnie pogłębia ten chaos. Obostrzenia ogłaszane są w ostatniej chwili. Rażą używane złe narzędzia prawne – konferencje prasowe i slajdy PowerPointa na nich pokazywane nie są źródłem prawa. Premier mówi jedno, co innego jest w rozporządzeniu. Komunikacja w trudnych warunkach jest pogarszana przez działania rządu. Często trudno znaleźć dokument i sprawdzić, jak naprawdę jest, co rząd miał na myśli.

Jak to wpływa na finanse publiczne? Na ile nam jeszcze wystarczy pieniędzy?

Trzeba rozróżnić dwie rzeczy. Koszty pomocy dla firm i spadek dochodów w zeszłym roku były bardzo duży. Konkretnie była to pomoc dla przedsiębiorców

i ich pracowników. Bardzo dużych nacisk kładziono na utrzymanie miejsc pracy, więc nie można tego przedstawiać jako wsparcia dla samych przedsiębiorców. Maksymalne koszty programów uruchomionych w czasie pierwszej fali były rzędu 6–7 proc. PKB. Jeszcze nie wiemy, ile do końca wykorzystano tych środków, zapewne nie wszystko, ale jednocześnie cały czas uruchamiane są nowe instrumenty. Ale to wszystko jednorazowe wydatki, których w kolejnych latach nie będzie. A rządowa strategia zarządzania długiem jasno pokazuje, że rząd tych pandemicznych długów nie zamierza spłacać, więc budżet będą obciążały tylko odsetki, które w relacji do PKB wyniosą 0,1–0,2 proc. Jednocześnie wraz z kryzysem weszły w życie elementy piątki Morawieckiego i inne wcześniejsze obietnice rządu. W kilka lat ich koszt i wpływ na deficyt będą znacznie większe od pomocy dla przedsiębiorców. To jest wzrost wydatków na zdrowie, rozszerzenie 500+, 13. i 14. emerytury. W perspektywie kilku lat koszty piątki Morawieckiego i innych wcześniejszych przekroczą 2 proc. PKB i wyniosą 50–60 mld zł rocznie.

Jak pan ocenia nowe propozycje obciążeń, np. podatek reklamowy?

Jako bardzo niebezpieczne. Odejście od ogólnych zasad podatkowych na rzecz ulg i preferencji dla wybranych, a z drugiej strony domiarów podatkowych dla tych, którzy nie wylobbowali sobie ulg, wprowadza chaos w gospodarce. Gdy ktoś próbuje przygotować biznesplan na pięć–dziesięć lat, to nigdy nie wie, jakie następne sektory zostaną objęte domiarami podatkowymi.

W przypadku mediów ten domiar był konstruowany tak, żeby uderzyć w media niesprzyjające rządowi. Poza czysto ekonomicznymi kwestiami mamy też zagrożenie dla wolności słowa.

Ale przecież rząd chwali się sukcesami w ściągalności podatków i w walce z mafiami VAT-owskimi.

Pewna poprawa jest, ale nie tak duża, jak mówi rząd. Ściągalność VAT rzeczywiście wzrosła. Mamy dochody z VAT wyższe o jakieś 20 mld zł rocznie. To jest sukces uszczelnienia. Ale obietnice rządowe to kwoty rzędu 100–120 mld zł. Uszczelnienie VAT to jedna szósta kwoty wydatków, które to uszczelnienie miało finansować. Od 2018 r. luka w VAT już się nie kurczy. Rzeczywiście, w latach 2016–2018 rzeczy łatwiejsze do zrobienia wykonano, udało się ograniczyć lukę w VAT, ale to nie znaczy, że sprawa jest zamknięta i wystarczy na sfinansowanie wszystkiego.

Cały czas mamy problem ze ściągnięciem pieniędzy z poprzednich lat.

To częściowo wynika z faktu, że udało się namierzyć trochę karuzel VAT-owskich. Ze słupów VAT będzie nieegzekwowalny.

Mamy jeszcze pieniądze z transformacji OFE. Rząd potwierdził ten zamysł.

Pieniądze z OFE to jednorazowy zastrzyk gotówki. Niestety, pokazuje to krótkowzroczność polityki rządu – uchwalane są ustawy, których koszty z roku na rok rosną, jak obniżenie wieku emerytalnego czy wzrost wydatków na zdrowie, bez zabezpieczenia źródeł finansowania, na zasadzie „jakoś to będzie". A rosnące dziury próbuje się łatać właśnie takimi jednorazowymi zastrzykami. Przy samych OFE warto podkreślić jedną manipulację rządu – przyspieszenie opodatkowania.

W większości systemów emerytalnych opodatkowane są albo składki, albo świadczenia. Zarówno w ZUS, jak i OFE składki

są zwolnione z podatku, natomiast opodatkowane są emerytury. Tak samo jest w dobrowolnym IKZE. Ale rząd zamiast przekształcić OFE w IKZE, przekształca je w IKE, które działa inaczej – składki są opodatkowane, a zwolnione są emerytury. Efekt – zamiast czekać, aż ludzie przejdą na emeryturę, rząd może już teraz opodatkować ich oszczędności emerytalne. Ponoć w jednej z pierwszych wersji przekształceń w OFE z 2016 r. myślano jeszcze o IKZE, ale potem jedna literka zniknęła, a rząd do swoich planów zaczął wpisywać kilkanaście miliardów złotych dochodów ekstra.

Dosypać pieniędzy może NBP. Zrobi to znów?

Wymaga to obchodzenia konstytucyjnego zakazu finansowania deficytu budżetowego przez bank centralny, ale niestety, jak wiemy, obecny rząd nie ma oporów przed łamaniem konstytucji. Ten zakaz nie wziął się z powietrza – dosypywanie pieniędzy do budżetu z banku centralnego łatwo zacząć, trudniej przerwać, i rośnie pokusa nadużycia. Po co się liczyć z ograniczeniami budżetowymi, jak można zadłużać się w banku centralnym? W nadzwyczajnej sytuacji pandemii takie wyjątkowe działania nie wzbudzały dużego niepokoju inwestorów, zresztą zakaz

w konstytucji dotyczy zakładania finansowania deficytu przez NBP, ale w normalnych warunkach będą one coraz bardziej ryzykowne. Ponadto Polska to nie USA, strefa euro czy Japonia. My nie mamy globalnej waluty, jak te kraje, i takiej wiarygodności, więc nawet jeśli inni to robią, nie znaczy, że my możemy.

Kiedy Polska i świat wyjdą wreszcie z kryzysu? Czeka nas szybkie odbicie czy lata stagnacji i walki z zadłużeniem?

Prognozy ekonomiczne zawsze są obarczone dużym błędem, a teraz jeszcze musimy je budować, opierając się na równie trudnym do przewidzenia przebiegu pandemii. Dobrze to widać w grudniowej ankiecie makroekonomicznej NBP – rozstrzał prognoz wzrostu PKB na 2021 r. jest od 2 do 5,1 proc. Dla porównania: w grudniu 2019 r. rozpiętość prognoz na 2020 r. była trzykrotnie mniejsza, od 2,7 do 3,7 proc. Odbicie gospodarki najpewniej będzie mocne, gdy sektory, które są teraz zamrożone, zaczną normalnie funkcjonować, jednak trudno przewidzieć dokładnie, kiedy to nastąpi. W kolejnych latach natomiast czeka nas wyzwanie spłacenia pandemicznych długów.

W przypadku Polski, jak już mówiliśmy, większym wyzwaniem od pandemicznych długów będą uchwalone już narastające wydatki w obliczu, niestety, pewnie zwalniającego wzrostu.

FOR przygotował raport „Polska: zastój czy rozwój? Praca, praworządność, inwestycje i innowacje".

Jakie z niego płyną wnioski?

Przy braku zmian w polityce gospodarczej w perspektywie kilkunastu lat grozi nam silne spowolnienie. Dopada nas demografia. Liczba osób w wieku produkcyjnym spada, rośnie liczba emerytów, mniej ludzi pracuje. Coraz trudniej będzie utrzymać wzrost wydajności pracy. Zawsze jest tak, że kraje biedniejsze mają większe pole do szybkiego wzrostu wydajności pracy, bo mogą w prosty sposób importować gotowe rozwiązania organizacyjne i technologie z krajów liderów. My przez 30 lat zbliżaliśmy się do liderów, skutecznie ich goniliśmy. Im jesteśmy bliżej, tym pole do prostego transferu jest coraz mniejsze. Jednocześnie coraz większego znaczenia nabierają instytucje. Trudno jest rozwijać innowacyjne, wysoko wyspecjalizowane firmy, gdy nie ma sprawnych i niezależnych sądów, które są konieczne do egzekwowania coraz bardziej wyrafinowanych kontraktów, albo rozwijać nowoczesny przemysł, gdy ceny energii i stabilność jej dostaw są rosnącą niewiadomą.

Pandemia pomoże nam dogonić innych, którzy mają większe problemy?

Przez dwa–trzy lata będzie to istotny czynnik – w polskiej gospodarce znacznie mniejszą rolę niż w większości państw UE odgrywają najbardziej dotknięte pandemią hotelarstwo i gastronomia.

Ale to będzie efekt przejściowy. Bez pandemii mieliśmy projekcję OECD, w której przy założeniu braku zmian w polityce gospodarczej mieliśmy perspektywę kilkunastu lat wciąż szybszego wzrostu, który jeszcze pozwoli zmniejszać dystans do Niemiec. Ale różnica w tempie wzrostu spadała i koło 2030–2035 r. zaczynały przeważać już wymienione negatywne skutki i pogoń się zatrzymywała na poziomie niewiele wyższym niż dzisiaj. Tym samym Polska pozostawała jednym z najbiedniejszych krajów UE. Wciąż mamy jednak rezerwy, które mogą nam pozwolić dogonić Niemcy. Mamy lukę zatrudnienia – gdybyśmy mieli stopy zatrudnienia takie jak w Niemczech, to w Polsce pracowałoby o ponad 2 mln więcej osób. Podobnie mamy rezerwy pozwalające na szybszy wzrost wydajności pracy. Wciąż wiele osób pracuje w Polsce w bardzo mało wydajnym rolnictwie, szarej strefie czy mikroprzedsiębiorstwach, gdzie niskie inwestycje i brak korzyści skali ograniczają wydajność pracy. Tworząc warunki do wzrostu wydajnych przedsiębiorstw i wyższych inwestycji, mamy szansę na wzrost wydajności pracy, z korzyścią dla pracowników i całej gospodarki.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA