fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Banki

To jeszcze nie koniec zwolnień w bankowości

Adobe Stock
Pandemia wzmocniła procesy decydujące o redukcji etatów w bankach, czyli cyfryzację i spadek odwiedzin oddziałów. Przyczyniła się także do dużego spadku zysków branży.

Pekao zapowiedział zwolnienia grupowe: do końca czerwca mają objąć maksymalnie 1110 pracowników. Kolejnym 1250 mają zostać zmienione warunki zatrudnienia.

Czytaj także: Wyniki banków pozornie dużo lepsze od oczekiwanych

Redukcje trwają od lat

Stanowi to odpowiednio około 8 proc. i 9 proc. wszystkich zatrudnionych w tym drugim co do wielkości banku w Polsce. Zatem łącznie restrukturyzacja obejmie 17 proc. pracowników.

Pekao tłumaczy, że zwolnienia grupowe to pochodna długofalowych zmian w sektorze bankowym, przyspieszonych przez pandemię Covid-19. Jest elementem reorganizacji sieci placówek i struktur banku, mającej lepiej dostosować go do sytuacji rynkowej i preferencji klientów. Głównie chodzi o dalsze zmniejszenie popularności tradycyjnych placówek oraz wzrost wykorzystania bankowości mobilnej i internetowej.

To czwarta duża fala zwolnień w Pekao w ostatnich latach. W lutym 2020 r. bank zapowiedział likwidację do 1200 miejsc pracy. W 2019 r. zwolnienia objęły 900 osób, a warunki zatrudnienia zmieniono ok. 620 zatrudnionym. W 2018 r. bank przeprowadził program dobrowolnych odejść, z którego skorzystało blisko 1000 osób.

Jednak Pekao nie jest wyjątkiem. Zwolnienia grupowe jesienią ubiegłego roku zapowiedział Santander Bank Polska. Mają objąć do 2 tys. osób (18,5 proc. zatrudnionych). Parę miesięcy wcześniej zależny od niego Santander Consumer Bank zapowiedział likwidację do 430 miejsc pracy. Pod koniec listopada BNP Paribas Bank Polska ogłosił, że do 2023 r. w ramach zwolnień grupowych z pracą pożegna się maksymalnie 800 osób (8,5 proc. zatrudnionych w grupie kapitałowej). Wcześniej zwalniał też Millennium. Wszystkie te banki dokonywały przejęć, które zawsze wiążą się z późniejszymi redukcjami dublujących się stanowisk.

Jednak zmniejszanie liczby etatów w polskim sektorze bankowym trwa systematycznie, nawet bez głośnych zwolnień grupowych. Na koniec 2020 r. w sektorze było 149 tys. etatów, o 7,9 tys. mniej niż rok wcześniej (spadek o 3,6 proc.). To zdecydowanie największy ubytek w ostatniej dekadzie, w 2019 r. ubyło 5,7 tys. etatów, w poprzednich latach po 1,5–2 tys. rocznie. Przez dziesięć lat liczba miejsc pracy w bankowości spadła w Polsce o 27,92 tys. (czyli o 15,8 proc.).

Za systematyczny spadek liczby etatów odpowiada głównie redukcja zatrudnienia w oddziałach: tylko w 2020 r. spadła o 7,3 tys., to aż 9,6 proc. zatrudnionych. To skutek redukcji sieci oddziałów coraz rzadziej odwiedzanych z powodu cyfryzacji: zdecydowaną większość spraw klienci mogą załatwić online, więc oddziały odchodzą do lamusa.

Pandemia wzmocniła ten trend nie tylko z powodów higienicznych i izolacji społecznej. Także same banki zachęcały do tego klientów, wprowadzając kolejne produkty i usługi online.

Zmienia się struktura zatrudnienia w bankach. Przez dekadę liczba zatrudnionych w oddziałach spadła o 37 tys. (czyli prawie 35 proc.), ale w tym samym czasie liczba osób pracujących w centralach banków urosła o 8,6 tys., czyli ponad 12 proc.

Główna zmiana polegała na wzroście liczby osób w jednostkach zajmujących się sprawami regulacyjnymi, prawnymi i nadzorczymi oraz związanych z IT. W niektórych bankach przyrosty roczne wynoszą w tych obszarach po kilkaset osób.

Zwolnienia stanowią też sposób na neutralizowanie wpływu na koszty pracownicze rosnących wynagrodzeń.

Próba oszczędności

Pandemia przyczyniła się do cięcia stóp procentowych i wzrostu ryzyka kredytowego, co mocno uderzyło w zyskowność branży. ROE, czyli wskaźnik rentowności kapitałów własnych, przed laty sięgał 15 proc., dziś to tylko 3,7 proc. I zwrot z kapitału nie pokrywa kosztu jego pozyskania.

– Spadek przychodów negatywnie wpływa na wskaźnik kosztów do przychodów, a to jego obniżka stała się głównym celem banków w Polsce. Słabość przychodów wymusza ograniczanie kosztów – mówi Marcin Materna, dyrektor działu analiz Millennium DM. Dodaje, że w placówkach jest coraz mniej klientów, banki starają się sprzedać więcej produktów swoim klientom, nie zabiegając aż tak silnie o nowych, więc i szeroka sieć staje się powoli obciążeniem.

– Redukcja zatrudnienia może jeszcze potrwać, determinacja banków do odbudowy ROE jest duża. Sprzedaż kredytów idzie dość marnie, produkty depozytowe przy tych stopach w zasadzie nie istnieją. Okazuje się, że do niższej sprzedaży nie potrzeba już aż tylu pracowników, do tego dodajmy automatyzację czy outsourcing części procesów i mamy powód do ograniczania kosztów osobowych – mówi Materna.

Aktywa rosną, pracowników ubywa

Koszty pracownicze stanowią połowę wydatków operacyjnych polskiego sektora bankowego (bez amortyzacji). W 2020 r. wyniosły 17,44 mld zł, czyli zmalały o 1,7 proc. Dla porównania koszty ogólnego zarządu urosły w tym czasie o 1 proc., do 17,24 mld zł. Tak duży udział kosztów pracowniczych w łącznych wydatkach powoduje, że banki szukają tu oszczędności niezbędnych dla obrony rentowności. Etatów w polskich bankach w ostatniej dekadzie ubywa średniorocznie po prawie 1,6 proc., mimo wzrostu aktywów po około 7 proc. To powoduje, że teraz na jednego pracownika w branży przypada średnio 15,8 mln zł aktywów w porównaniu z 6,5 mln zł na koniec 2010 r. Wskaźnik aktywów przypadających na oddział wzrósł w tym czasie do 205 mln zł z 88 mln zł.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA