Cztery miesiące temu w Christchurch doszło do najpoważniejszego w historii aktu terroru w Nowej Zelandii - 28-letni Australijczyk Brenton Tarrant zaatakował dwa meczety w tym mieście zabijając w nich 51 osób i raniąc dziesiątki kolejnych.

Jednak piątkowa eksplozja - jak informuje Reuters - prawdopodobnie nie była wynikiem świadomego działania.

Straż pożarna została wezwana na miejsce eksplozji o 10:15 rano. Już wtedy informowano, że prawdopodobnie doszło do wybuchu gazu.

W gaszeniu pożaru brały udział cztery wozy strażackie.

W oświadczeniu wydanym przez policję czytamy, że w wyniku eksplozji pewna liczba osób została rannych. Media informują o sześciu osobach, które trafiły do szpitala.

Policja ewakuowała mieszkańców z okolicznych budynków i zamknęła drogi w pobliżu miejsca eksplozji.

Czytaj więcej

Cyfrowa zmiana w nabywaniu samochodów

Pracownik hotelu w Christchurch w rozmowie z "New Zealand Herald" powiedział, że w momencie eksplozji ściany pobliskich budynków zatrzęsły się. - To było więcej niż trzęsienie ziemi, to było jak wybuch bomby - mówił.

Policja nie poinformowała jak dotąd oficjalnie o przyczynie eksplozji.