Reklama

Krzysztof Kowalczyk o polityce gospodarczej rządu PiS

Dobra zmiana, ale z mroczną osobowością.

Aktualizacja: 06.09.2016 20:30 Publikacja: 06.09.2016 20:25

Krzysztof Kowalczyk o polityce gospodarczej rządu PiS

Foto: Archiwum

Na dobry pomysł wpadł na początku września wicepremier Mateusz Morawiecki: ruszył do Londynu, by kusić dobrymi warunkami w Polsce osiadłe tam wielkie zachodnie banki. Te, oczywiście, które rozważają założenie filii na kontynencie, na wypadek gdyby w wyniku Brexitu straciły tzw. jednolity paszport europejski dający prawo do prowadzenia biznesu w całej UE.

Wyjazd wicepremiera odbył się z przytupem, zapowiedział go nawet na pierwszej stronie dziennik „Financial Times”, wcześniej na ogół punktujący działania „dobrej zmiany”. Sęk w tym, że o względy londyńskich bankierów zabiega dziś cała Europa – od Dublina przez Frankfurt po Amsterdam – a nasze szanse osłabiają wcześniejsze słowa rządzących Polską, że zagranicznego kapitału w sektorze finansowym jest za dużo.

Na domiar złego na kilka dni przed wyprawą do Londynu agencja ratingowa Moody’s wytknęła polskim władzom, że wszczęcie prokuratorskiego postępowania w sprawie niedopuszczenia do orzekania trzech wybranych za rządów PiS sędziów TK jest „credit negative”, czyli mówiąc po ludzku, może obniżyć rating Polski. Czy go obniży, okaże się w piątek, kiedy Moody’s poinformuje o swej decyzji.

P jak prokurator

To tylko jeden przykład pokazujący, że jest problem z polityką gospodarczą rządu PiS, która jest przedziwną mieszanką pomysłów mogących dodać wigoru polskiej gospodarce z inicjatywami mrożącymi krew w żyłach, zwłaszcza żyłach przedsiębiorców. Polityka ta jest wewnętrznie rozdarta: z jednej strony mamy deklaracje daleko idących ułatwień dla biznesu, wręcz ocierające się o odsądzany dziś od czci i wiary liberalizm, z drugiej – wypełzającą co chwila nieufność wobec obywateli i firm, podbitą zaawansowanym etatyzmem. Wszystko to jak z powieści wiktoriańskiej o porządnym i przyjaznym dżentelmenie dr. Jekyllu, który pod wpływem skomponowanej przez siebie mikstury zamieniał się w okrutnego, nieokrzesanego pana Hyde’a i folgował złym skłonnościom.

Ledwo rząd ogłosił pakiet 100 zmian dla firm – wielu bardzo potrzebnych, jak np. możliwość skarżenia do sądu przedłużających się kontroli, a już sympatyczny dr Jekyll przeobraził się w pana Hyde’a, który straszy tzw. konfiskatą rozszerzoną, w ramach której zajmowane byłyby nie tylko wille i limuzyny pochodzące z dochodów z przestępstwa, ale także brane pod przymusowy zarząd państwa przedsiębiorstwa. I choć w tym tygodniu Ministerstwo Sprawiedliwości złagodniało i planuje teraz sądową kontrolę nad ustanawianiem przymusowego zarządu, pozostało ryzyko, że obok prawdziwych przestępców nowe narzędzie uderzy w kolejne Optimusy i kolejnych Romanów Klusków.

Reklama
Reklama

Cóż z tego, że Ministerstwo Rozwoju zamierza ożywić ideę partnerstwa publiczno-prywatnego (PPP), zachęcając prywatny kapitał do finansowania rządowych inwestycji, skoro atmosfera tworzona przez inną część rządu sprawia, że nową inicjatywę może sparaliżować strach przed wyłaniającym się zza PPP czwartym P – prokuratorem. To właśnie jego widmo sprawiło, że wbrew nadziejom samorządy w małym stopniu sięgały dotychczas po ten rodzaj finansowania inwestycji.

Lepsza polityka nudna...

Rządowy dr Jekyll obiecuje małym i średnim przedsiębiorstwom preferencyjne traktowanie, nieco większych mami 15-proc. podatkiem korporacyjnym (standardowo CIT to 19 proc.), a całkiem małych obniżką dzisiejszej zryczałtowanej składki ZUS. Zaraz potem pan Hyde podbija koszty, arbitralnie windując minimalną płacę z 1850 do 2000 zł (związki zawodowe walczyły tylko o 1970 zł). Bije to w małych przedsiębiorców, i to głównie ze ściany wschodniej, gdzie gospodarka jest słabsza i możliwości rozwoju biznesu mniejsze. A także w takie branże jak gastronomia i handel, któremu zresztą pan Hyde utoczy krwi za pomocą wprowadzonego właśnie podatku obrotowego.

Z jednej strony rząd deklaruje, że chce budować oszczędności krajowe i zapowiada zachęty do oszczędzania na emeryturę. To ukłon m.in. w stronę klasy średniej, bo to jej po poniesieniu podstawowych wydatków zostaje nadwyżka, która można wydać na konsumpcję albo zaoszczędzić – dokładając cegiełkę do budowy krajowego kapitału. Z drugiej strony rząd za podszeptem pana Hyde’a planuje reformę – połączenie podatku dochodowego, składek ZUS i NFZ – której ostrze skierowane jest właśnie w klasę średnią. Chce, by znaczne zmniejszenie obciążeń słabiej zarabiających odbyło się „bezkosztowo”, dlatego za te ulgi zapłacą bogatsi, którzy mogą stracić zwolnienie z ZUS zarobków powyżej 2,5 średniej krajowej i wpaść w zwiększoną progresję nowej połączonej daniny.

Rząd jednym tchem zaprasza inwestorów zagranicznych do Polski (słusznie, bo długo jeszcze będziemy odczuwali niedobór oszczędności krajowych niezbędnych do inwestycji). Negocjuje z niemieckim Daimlerem warunki budowy fabryki silników samochodowych. Zabiega o inwestorów chińskich. Ale zaraz potem – pokazując zupełnie inne oblicze – wysyła w świat sygnały, że obcego kapitału jest w Polsce już za dużo i trzeba repolonizować co się da, ze szczególnym uwzględnieniem banków i regionalnych mediów.

Takich sprzeczności jest więcej. Można by o ich napisać powieść. Za polityką gospodarczą rządu Prawa i Sprawiedliwości nie nadążysz... Jej wewnętrzna niespójność wprowadza chaos i niepewność, której nie lubią inwestorzy zwłaszcza zagraniczni. Czuliby się lepiej, gdyby rząd PiS tak nie kluczył. I pokazywał raczej oblicze dr. Jekylla niż pana Hyde’a. Bo lepsza polityka nudna i przewidywalna niż nawet najlepsze powieści grozy.

Wydarzenia
Nowy START podpisany
Materiał Promocyjny
AI to test dojrzałości operacyjnej firm
Wydarzenia
USA idą na rękę Rosji
Wydarzenia
Szpiegu, szpiegu, chodź na tortury!
Wydarzenia
Poznaliśmy nazwiska laureatów konkursu T-Mobile Voice Impact Award!
Materiał Promocyjny
Presja dorastania i kryzys samooceny. Dlaczego nastolatki potrzebują realnego wsparcia
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama