– Gramy przeciw Ghanie, a nie Kevinowi Prince’owi Boatengowi – mówił przed meczem menedżer kadry Oliver Bierhoff, ale samo to że do sprawy wrócił, świadczy o nastrojach w drużynie.

Boateng, syn Ghańczyka, dziecko złych rewirów Berlina, dorastające w ulicznych walkach i meczach z drużynami emigrantów z innych stron świata, był w ostatnich tygodniach w Niemczech wrogiem publicznym numer jeden.

Wyrósł w niemieckim futbolu, grał dla juniorskich reprezentacji tego kraju, jego przyrodni brat Jerome jest z kadrą Joachima Loewa w RPA. Ale Kevin Prince po tym jak skłócił się z drużyną do lat 21 przestał dostawać powołania i wtedy odkrył, że tak naprawdę czuje się Ghańczykiem.

A kilka dni po tym jak Milovan Rajevac powołał go na mistrzostwa, Boateng wyeliminował z mundialu Michaela Ballacka, wściekłym wślizgiem w meczu Chelsea z Portsmouth.

Od tego czasu niechęć do niego w Niemczech rosła proporcjonalnie z uwielbieniem w Ghanie. Jerome nie miał z tego powodu wielkich problemów, bo bracia są sobie coraz bardziej obcy, jak mówią, nawet nie rozmawiali od kontuzji Ballacka. Pierwsze w mundialach starcie braci jest dzisiaj mało prawdopodobne, młodszy Boateng jest daleko od miejsca w składzie. Ale i bez tego podtekstów jest wiele.

Niemcy mieli w ostatnich latach bogatą tradycję naturalizowania piłkarzy z Ghany dla swojej reprezentacji, od Geralda Asamoaha przez Davida Odonkora po Boatenga. Dziś przeciw ich ojczyźnie i przeciw jedynej po niemiecku solidnej drużynie Afryki będą walczyć o to, by pierwszy raz od 1938 roku nie odpaść z mundialu już po rundzie grupowej.

Jeśli Niemcy odpadną, prawdopodobnie dobiegnie końca kilkuletnia rewolucja, której sztandary nieśli menedżer Bierhoff i trener Loew, najpierw wspólnie z Juergenem Klinsmannem, potem sami. Sztabowi kadry kończą się umowy, chętni do przejęcia drużyny czekają. Pewność awansu da dziś Niemcom tylko zwycięstwo. Remis wystarczy pod warunkiem, że w drugim meczu też będzie remis albo wygra Australia – ale nie wyżej niż sześcioma golami, jakkolwiek absurdalnie by to brzmiało.

Ale to nie Loew, a serbski trener Ghany Milovan Rajevac, surowy nauczyciel, który z piłkarzami ciągle rozmawia przez tłumacza, gra dzisiaj o najwyższą stawkę: awansować do drugiej rundy, i wciągnąć do niej reprezentację swojej ojczyzny.

[i] —Paweł Wilkowicz z Rustenburga[/i]

Autopromocja
Historia Uważam Rze

Odkrywaj karty historii i pogłębiaj swoją wiedzę od starożytności po nowoczesność

ZAMÓW

[i]Masz pytanie, wyślij e-mail do autora [mail=p.wilkowicz@rp.pl]p.wilkowicz@rp.pl[/mail][/i]