Reklama

Egipt: Dzięki Internetowi rewolucja trwa

Prezydent oznajmił, że nie stanie do wrześniowych wyborów. Tłum chce, by natychmiast zrzekł się władzy

Aktualizacja: 02.02.2011 12:02 Publikacja: 01.02.2011 19:43

Egipcjanie zgromadzeni na placu Tahrir w Kairze domagali się ustąpienia prezydenta Hosniego Mubaraka

Egipcjanie zgromadzeni na placu Tahrir w Kairze domagali się ustąpienia prezydenta Hosniego Mubaraka

Foto: AFP

[i]Jerzy Haszczyński z Kairu[/i]

„My nie odejdziemy, on odejdzie!” – taka była reakcja tłumu zebranego na kairskim placu Tahrir na wygłoszone we wtorek wieczorem przemówienie telewizyjne prezydenta Egiptu do narodu.

Hosni Mubarak oświadczył, że nie będzie kandydował we wrześniowych wyborach prezydenckich. Jednak nie zamierza też wyjeżdżać z Egiptu. Czas, jaki pozostał do wyborów, chce wykorzystać na przygotowanie pokojowego przekazania władzy osobie, którą wybierze naród.

Tłum się wściekł. Nie chodziło bowiem o to, żeby Mubarak zrezygnował z kandydowania w wyborach, tylko żeby natychmiast zrzekł się władzy. Demonstranci zapowiadają, że nie odejdą z placu Tahrir, dopóki to się nie stanie.

– W piątek po południu będziemy przed pałacem – krzyczeli protestujący, nawiązując do planowanego na tzw. piątek odejścia marszu na pałac prezydencki.

Reklama
Reklama

– Wiemy, że nie ma już w kraju miejsca dla Mubaraka. Wiemy też, gdzie przyjść, by to zademonstrować – powiedział „Rz” Mohamed El Bahrawi, dziennikarz czołowego pisma niezwiązanego z Mubarakiem „Almasry el Jum”, którego spotkałem przed Muzeum Egipskim, kilkaset metrów od placu Tahrir.

Mubarak w swoim przemówieniu do narodu zapowiedział również zmiany w konstytucji oraz uelastycznienie dotychczasowych zasad kandydowania w wyborach prezydenckich, a także ograniczenie liczby kadencji prezydenta. Obiecał też szereg reform, m.in. zaostrzenie walki z korupcją.

Egipcjanie nie wierzą w te zapewnienia i wyzywają go od kłamców. – Mamy dość pustych obietnic prezydenta – powiedział jeden z demonstrantów.

Tysiące osób zwoływało się na demonstracje za pośrednictwem esemesów i serwisów społecznościowych, takich jak Facebook czy Twitter. Wzięli przykład z Tunezji, gdzie udało się obalić prezydenta Ben Alego. Demonstracje organizowano tam, zwołując się na Facebooku i Twitterze, co pozwoliło ominąć cenzurę. Gwoździem do trumny dyktatora Tunezji była decyzja o swobodnym dostępie do sieci.

Władze w Egipcie, by uniknąć tego błędu, blokowały nowoczesne środki komunikacji, co miało utrudnić demonstrantom organizowanie protestów. Nie do końca to się udało.

– Bronią naszych czasów jest coraz łatwiejszy dostęp do informacji. Dyktatorzy będą mieli coraz trudniej – mówi „Rz” prof. Clyde Bentley z Missouri School of Journalism.

Wydarzenia
Nowy START podpisany
Materiał Promocyjny
AI to test dojrzałości operacyjnej firm
Wydarzenia
USA idą na rękę Rosji
Wydarzenia
Szpiegu, szpiegu, chodź na tortury!
Wydarzenia
Poznaliśmy nazwiska laureatów konkursu T-Mobile Voice Impact Award!
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama