Na progu kampanii partie rzuciły się do produkcji telewizyjnych reklamówek. Platforma ustami zwykłych ludzi opowiada, co się w Polsce zmienia.
Bohaterowie zaprezentowanych w piątek dwóch najnowszych spotów (jeden zaczyna się od pokazania obwodnicy Kraśnika, drugi – od stadionu w Puławach) zastrzegają jednak, że tempo zmian mogłoby być lepsze. – Jest krok naprzód, choć mógłby być większy – mówi jeden z nich.
– Wiadomo, że nie na wszystko wystarczy pieniędzy, ale nie od razu Polskę zbudowano – dodaje bohaterka drugiej reklamówki. Ale główne przesłanie brzmi: "coś się zmienia".
Będą następne
– Nasza akcja "Polska w budowie" informująca o dokonaniach rządu i samorządów pod wodzą PO trwa, a te spoty się w nią wpisują – mówi Paweł Olszewski, rzecznik prasowy klubu Platformy. I dodaje, że będzie jeszcze kilka następnych.
Czy akcja zachęci wyborców do głosowania na PO?
– Takie spoty nie przekonają osób niezdecydowanych ani przeciwników Platformy – uważa dr Robert Alberski, politolog z Uniwersytetu Wrocławskiego. – Za to jej zwolennikom dają do ręki argumenty do dyskusji w gronie znajomych, że warto na nią głosować, bo przecież coś robi. Poza tym nieładnie jest się samemu chwalić. Lepiej, żeby zrobili to sami obywatele.
Rodem z PRL?
Według Alberskiego kampania "Polska w budowie" jest nieco spóźnioną odpowiedzią na lipcową akcję PiS "Słowa prawdy", w której zwykli ludzie (grani przez aktorów) wylewają swoje żale na rząd i mówią "Panie premierze Tusk, panu już dziękujemy".
– Ale jak na początek kampanii PO jest to wręcz podręcznikowe otwarcie – ocenia dr Alberski. – Na przekonywanie niezdecydowanych przyjdzie jeszcze czas, w debatach i spotkaniach bezpośrednich.
Jednak specjalista od marketingu politycznego dr Wojciech Jabłoński z Uniwersytetu Warszawskiego uważa, że najnowsze reklamówki PO utrzymują się w poetyce lat 50. i 70. minionego stulecia.
– Strasznie się tego słucha. Najwyraźniej politycy wychowani w czasach komuny nie są w stanie oderwać się od języka z lat swojej młodości, kiedy Polska była w budowie – ironizuje Jabłoński. – I tak samo jak w PRL bohaterami są tzw. zwykli ludzie, bo sama partia przecież nie da rady. Każda epoka potrzebuje swojego Birkuta.
Zwykli ludzie – według Jabłońskiego – są też w reklamówkach rodzajem parawanu, za którym chowają się coraz bardziej zgrani politycy.
Lewica na pasie
Rzeczywiście w tej kampanii politycy bardzo chętnie sięgają po zwykłych ludzi. Występują oni też w najnowszych spotach SLD pod tytułem "Jak żyć, panie premierze". Studentka, emeryt, przedsiębiorca opowiadają o swoich problemach i kończą słynnym już pytaniem rolnika: "Jak żyć, panie premierze? Jak żyć?". Lewica, tak jak i Platforma, planuje, że będzie to cały cykl reklamówek pokazywanych w Internecie.
– Na tym etapie kampanii chcemy być pasem transmisyjnym do przekazywania informacji od obywatela do rządu, który jest głuchy na problemy obywateli – mówi Tomasz Kalita, rzecznik Sojuszu.
Jednak według Jabłońskiego ich spoty też są mało przekonujące. – SLD przypomina sobie o swojej lewicowości na kilka miesięcy przed wyborami, po czym szybko o niej zapomina, dlatego ich kampania trąci fałszem – komentuje politolog.
Natomiast PiS od lipca, czyli od czasu kampanii "Słowa prawdy", nie wypuściło żadnego nowego spotu telewizyjnego.
– Każdy ma swoje tempo kampanii – wyjaśnia Tomasz Poręba, szef sztabu wyborczego PiS. – Poza tym w lecie postawiliśmy na kampanię radiową, np. o konieczności obniżenia akcyzy na paliwa. Na kampanię telewizyjną przyjdzie czas we wrześniu.