Jest rzeczą zrozumiałą, że po politycznym trzęsieniu ziemi na Węgrzech pada pytanie o wnioski, jakie z jego klęski powinna wyciągnąć polska prawica. Nie może być inaczej zwłaszcza przy stopniu globalizacji partyjnej polityki w Polsce i innych krajach. Nasza polaryzacja nałożyła się na węgierską.
Premier Donald Tusk i jego koalicja obsadzili się w roli kibiców zwycięzcy Pétera Magyara. Z kolei prezydent Karol Nawrocki pojechał do Viktora Orbána, a Jarosław Kaczyński w wywiadzie dla węgierskiego medium tłumaczył, dlaczego Orbán powinien wygrać z punktu widzenia polskiego, a nie tylko węgierskiego interesu. Takie sprzężenia zawsze wystawiają jedną ze stron konfrontacji na ryzyko rozliczeń, jeśli jej faworyt przegra. W tym przypadku porażka Fideszu była widoczna gołym okiem jeszcze przed wyborami. Choć, oczywiście, polska prawica mogła uważać sondaże przeprowadzane na Węgrzech za zdeformowane (zgodnie z naszymi doświadczeniami). Okazały się prawdziwe.