Od ponad tygodnia PO i PiS kłócą się o ewentualne debaty.
– Zakazałem moim ministrom, w tym także pani Katarzynie Hall, uczestniczenia w przedsięwzięciu, które sam prezes Jarosław Kaczyński nazwał wezwaniem i przesłuchaniem – mówił w piątek szef rządu.
Szefowa MEN Katarzyna Hall była pierwszym członkiem rządu, którego PiS wezwało do stawienia się na debatę do swojego Centrum Programowego.
– To wyraz bezradności i braku szacunku do debaty publicznej – komentowała Beata Szydło, wiceprezes PiS. – Premier nie chce rozmawiać o tym, jak przez cztery lata pracował rząd. Nie chce też mówić, jakie ma propozycje na lata następne.
Premier nie pozostał dłużny. Ochoczo zgodził się na wieczorną debatę liderów partii w Polsacie. – O 18 kończę pracę i jestem do dyspozycji mediów – oświadczył stanowczo.
Ale w pierwszej w tej kampanii telewizyjnej debacie Tusk rozmawiał tylko z liderem PSL wicepremierem Waldemarem Pawlakiem. Prezes PiS nie przyszedł, bo był poza Warszawa. Z kolei szef SLD Grzegorz Napieralski oznajmił, że nie przyjdzie na debatę organizowaną bez porządnego przygotowania.
Debata trwała 50 minut i była poświęcona sprawom gospodarczo-społecznym. Tusk i Pawlak zgodnie przekonywali m.in. o konieczności reformy systemu emerytalnego i o tym, że polska gospodarka w dobie kryzysu radzi sobie bardzo dobrze. Zapewnili także, że chcą kontynuować koalicję PO – PSL.
W debacie chciał też wziąć udział Janusz Palikot. Pomysł debatowania Tuska z Pawlakiem uznał za kuriozalny. Lider Ruchu Palikota wszedł do gmachu telewizji, ale po chwili go opuścił.
– To nie była debata, tylko pogaduszki – ocenił po spotkaniu Tomasz Kalita, rzecznik SLD.
Czy taka dyskusja w ogóle ma sens? – Przecież nie chodzi o debatę, tylko o wbicie szpili konkurencyjnej partii – mówi politolog Bartłomiej Biskup z UW. – Partie odgrywają dobrze znany z poprzednich kampanii spektakl, w którym każda kwestia przeciwników jest z góry wiadoma.
Nie chodzi o debaty, tylko o wbicie szpili konkurencji - Bartłomiej Biskup, politolog
Przepychanki w sprawie debat rzeczywiście są dobrze znane Polakom, bo dochodzi do nich przed każdymi wyborami. Partie nawzajem wyzywają się na pojedynek, przy czym każda chce, żeby odbywał się na jej warunkach.
Podczas debat padały pamiętne kwestie: „temu panu mogę podać najwyżej nogę, a nie rękę" (Lech Wałęsa o Aleksandrze Kwaśniewskim) albo „wolę dyskutować z szefem niż z jego pomagierem" (Jarosław Kaczyński o Kwaśniewskim i Tusku).
W tym roku hasło do rozpoczęcia sporu o debaty dał premier, który 20 sierpnia zażądał od PiS debaty programowej.
– No i mamy od tygodnia ten jałowy spór, który zastąpił w mediach potwora z Loch Ness, tradycyjny wakacyjny temat – śmieje się Rafał Chwedoruk, politolog z UW. Nie jest pewien, czy w tej kampanii w ogóle dojdzie do poważnej debaty między Tuskiem a Kaczyńskim. Dlaczego? Bo według niego dla PO taka debata byłaby ryzykowna. – Jedynym atutem partii rządzącej jest Donald Tusk, dlatego nie może ona ryzykować, że premier źle wypadnie. Mogłoby to oznaczać utratę głosów – tłumaczy. – Dopóki więc PO będzie utrzymywała bezpieczną przewagę w sondażach nad PiS, dopóty zrobi wszystko, żeby do debaty między Tuskiem i Kaczyńskim nie doszło.
—Eliza Olczyk, pap