Został pan pierwszym rzecznikiem Jerzego Buzka. Miał pan 32 lata. W jaki sposób trafił pan do rządu?
Znałem Mariana Krzaklewskiego z kampanii parlamentarnej Solidarności w 1991 r., przy której pracowałem. W 1997 r. zaprosił mnie Janusz Tomaszewski, późniejszy szef MSWiA i spytał, czy mogę zostać ich rzecznikiem w kampanii. Miałem już wyrobioną opinię specjalisty od mediów, ale pracowałem w międzynarodowej korporacji, dobrze zarabiałem, a miałem na utrzymaniu rodzinę. Poszedłem do Krzaklewskiego, ówczesnego przewodniczącego NSZZ „Solidarność” i powiedziałem, że muszą dbać o byt rodziny, zatem nie mogę stracić finansowo na tej zmianie. Usłyszałem: „Rozumiem, ale nie może pan zarabiać więcej niż przewodniczący związku”. (śmiech)