W piątek, zgodnie z tym, co zapowiadaliśmy w „Rzeczpospolitej", prokuratura ogłosiła – po 15 miesiącach – koniec śledztwa w sprawie afery taśmowej i wysłała do sądu Warszawa-Mokotów akt oskarżenia. Przed sądem staną biznesmen Marek Falenta jako mózg operacji, a także jego współpracownik Krzysztof Rybka oraz dwóch kelnerów, którzy mieli na zlecenie Falenty nagrywać restauracyjnych gości.
Akt oskarżenia obejmuje 81 zarzutów, a 80 usłyszał Falenta. Większość dotyczy nielegalnego nagrywania w warszawskich restauracjach Sowa & Przyjaciele oraz Amber Room. Kelnerowi Łukaszowi N. prokuratura postawiła 66 zarzutów, a jego koledze Konradowi N. – 28. Rybka usłyszał jeden zarzut – pomocnictwa przy nagrywaniu.
Prokuratorzy uznali, że tło afery jest „głównie i praktycznie jedynie finansowe", a zatem że Falenta zlecił nagrywanie biznesmenów, by tak zdobytą wiedzę wykorzystać w interesach. Przyjęcie takiej wersji oznaczałoby, że politycy stali się przypadkowym łupem, bo chadzali do tych samych lokali co znaczący biznesmeni. Tyle tylko, że nagrań z politykami jest tak wiele, iż trudno nie zauważyć, że także oni stanowili cel organizatorów nagrywania – przynajmniej od pewnego momentu.
Prokuratura poinformowała, że w 66 nielegalnie nagranych spotkaniach uczestniczyło ponad 100 osób. W tej grupie kilkadziesiąt to właśnie politycy, w większości związani z Platformą. Prokuratura nie odpowiada na pytanie, czy reżyserzy afery chcieli doprowadzić do kryzysu politycznego i upadku rządu, a takie sugestie formułowali i premier Donald Tusk, i jego następczyni Ewa Kopacz. Wykluczyć się tego nie da – wszak moment ujawniania kolejnych taśm zadziwiająco splata się z politycznym kalendarzem.
Prokuratura twierdzi także, iż za aferą nie stoją służby specjalne. Teza o specsłużbach również jest popularna w kręgach rządowych. W toku śledztwa prokuratorzy badali istnienie tzw. grupy wiedeńskiej, czyli dawnych ludzi polskich specsłużb, którzy handlowali nagraniami z afery. Wątek ten nie został potwierdzony, podobnie jak udział służb zagranicznych. Faktem jest jednak, że śledztwo wykazało, iż trzy główne specsłużby – ABW, CBA i CBŚ – utrzymywały zdumiewające kontakty z Falentą. Biznesmen przynosił im bezwartościowe informacje, licząc na bezkarność. W dodatku Falenta zatrudniał swoich byłych oficerów kontaktowych, gdy odchodzili z ABW i CBŚ. W innych śledztwach dotyczących nagrywania przez niego biznesowej konkurencji usłyszeli oni nawet zarzuty. W śledztwie dotyczącym Sowy i Amber Roomu – nie.
To kolejny budzący kontrowersje element podsłuchowego śledztwa. Nie wiadomo, dlaczego prokuratura, mając trzy podobne śledztwa w sprawie nagrywania na zlecenie Falenty – główne, dotyczące m.in. polityków w Warszawie, i dwa biznesowe w Białymstoku i Bydgoszczy – nie zdecydowała się połączyć ich w jedno, przyjmując, iż Falenta kierował zorganizowaną grupą przestępczą. Wszak motywy były podobne, skład grupy organizującej nagrania – także. Zwolennikiem takiego rozwiązania był m.in. szef ABW gen. Dariusz Łuczak. Prokuratura uznała jednak, że grupy przestępczej w tym przypadku nie było, co ma konkretny skutek prawny – zamiast dziesięciu lat więzienia Falencie grożą maksymalnie dwa. Finalnie usłyszy zapewne znacznie mniej, oczywiście jeśli sąd w ogóle przychyli się do aktu oskarżenia. Kelnerzy także nie otrzymają nadmiernie surowych kar, jako że poszli na współpracę z prokuraturą.
A jak ukarani zostaną politycy, których nagrania skompromitowały? Premier Ewa Kopacz nie miała siły usunąć ich z list wyborczych. Większość z nich kandyduje z drugich miejsc list PO do Sejmu. Polityczne kary mogą im wymierzyć tylko wyborcy.