W środę rosyjski resort obrony poinformował, że na wody terytorialne Rosji w pobliżu przylądka Fiolent na Półwyspie Krymskim (uznawane przez społeczność międzynarodową za ukraińskie wody terytorialne) wpłynął brytyjski niszczyciel HMS Defender. Rosja przekazała, że po ostrzeżeniu załogi patrol graniczny oddał strzały ostrzegawcze, a na trasie jednostki zrzucono cztery bomby odłamkowo-wybuchowe.

Londyn zaprzeczył tym doniesieniom. Brytyjski resort obrony oświadczył, że okręt Królewskiej Marynarki Wojennej dokonywał "nieszkodliwego przepływu przez ukraińskie wody terytorialne w zgodzie z prawem międzynarodowym". "Żadne strzały nie zostały skierowane w stronę HMS Defender i nie uznajemy twierdzenia, że na drodze jednostki zrzucone zostały bomby" - dodano w komunikacie, w którym zaznaczono, że Rosjanie przeprowadzali ćwiczenia artyleryjskie na Morzu Czarnym "i ostrzegli społeczność morską przed tą aktywnością".

W czwartek do sprawy odniósł się minister środowiska George Eustice. - Nie sądzę, by w tym incydencie było cokolwiek, czym warto byłoby się emocjonować - powiedział.

- Nie uważam, by padły strzały ostrzegawcze, to były ćwiczenia artyleryjskie, które się tam odbywały. To nic niezwykłego, że Rosjanie podejmują takie aktywności na tym obszarze - podkreślił zaznaczając, że "w tym sensie incydent nie jest szczególnie nietypowy".

Również szef brytyjskiej dyplomacji Dominic Raab powiedział, że w stronę Defendera nie oddano strzałów ostrzegawczych. Zdaniem ministra, rosyjska wersja zdarzeń jest "przewidywalnie niedokładna".

Nad Morzem Czarnym położony jest m.in. Krym, który w 2014 roku został zajęty i anektowany przez Rosję. Aneksja ta nie została uznana przez społeczność międzynarodową, a Krym jest traktowany jako część terytorium Ukrainy znajdująca się pod okupacją Rosji.