Drugie tyle przypadało na lotniska w Dosze i Abu Zabi. I we wszystkich tych trzech portach największy udział miały miejscowe linie – Emirates, flydubai, Etihad i Qatar Airways. Od pięciu dni takich połączeń nie ma.
Z tego artykułu dowiesz się:
- Jakie są skutki wycofania linii z Zatoki Perskiej z rynku lotniczego?
- Dlaczego ceny biletów lotniczych gwałtownie wzrosły?
- Jakie możliwości mają linie lotnicze w obliczu zamkniętej przestrzeni powietrznej?
- Jak obecny kryzys oddziałuje na działalność lotnisk w różnych regionach świata?
Szansa dla linii azjatyckich
Zniknięcie konkurencji linii z Zatoki, które, jeśli wróciły do operacji, to nadal wykonują loty repatriacyjne, a nie rejsowe, to szansa na wypełnienie samolotów przewoźników azjatyckich i europejskich.
I chętnie z niej korzystają. W tej chwili znalezienie biletu z któregokolwiek z miast europejskich, np. do Tokio w cenie poniżej 10 tys. zł za podróż powrotną graniczy z cudem. I to tak np. w LOT, jak i zazwyczaj tańszym Finnairze. A ceny za loty w kwietniu, czyli w czasie słynnego kwitnięcia japońskich wiśni, to przynajmniej podwojenie tej kwoty.
Przed wybuchem wojny między USA i Izraelem a Iranem w Etihad bądź w Qatar Airways można było wykupić podróż o połowę taniej. Podobnie jest z cenami za podróże w drugą stronę, a samoloty są wypełnione na wiele dni do przodu. Pierwsze bardzo drogie „okazje” pojawiają się dopiero po 18 marca.