Rz: W jakiej dekoracji Maciej Prus pokazał „Wyzwolenie”?

Piotr Adamczyk: Od początku wiadomo było, że Małgorzata Szcześniak przygotuje scenografię współczesną, trochę w stylu Teatru Rozmaitości.

A nie jest żywcem wzięta z „Aniołów w Ameryce” Krzysztofa Warlikowskiego, spektaklu, który wiele mówi o naszej rzeczywistości?

Nie, nie jest – choć niewykluczone, że można znaleźć pewne związki. Nasz Konrad jest współczesnym reżyserem, który chce mówić o dzisiejszej Polsce.

Jak się panu grało kolejną wielką rolę po Chopinie i Janie Pawle II?

Myślałem o tym, czy na nią zasługuję. Liczyłem też, że uzyskam od reżysera odpowiedź na pytanie, jaki ma być ten mój współczesny Konrad. Usłyszałem, że ma być… współczesny. Być może chodziło o to, bym przestał się zastanawiać, jak grać, tylko myślał o tym, co mówię, postarał się zaufać słowu, które jest tu najważniejsze. W spektaklu nie ma muzyki. Tylko dwa razy rozbrzmiewa teatralny gong. Wskazówek szukałem w błysku oczu reżysera i kolegów aktorów.

Nie prosił pan o rady Jerzego Trelę i Henryka Talara, którzy wcześniej grali Konrada?

Teraz zostali obsadzeni w roli jego przeciwników – konserwatystów. Jerzego Trelę zapytałem: „Jak grać?” Odpowiedział: „Kieruj się intuicją, nosem”. Ale zapamiętałem z jego wspomnień, że Konrad Swinarski, w którego spektaklu występował, był na próbach w ciągłym ruchu. Takim też jawi się Konrad w naszym przedstawieniu: jest pobudzony, poszukujący. Ma idee i najpierw o nie walczy, a potem sam je podważa.

Tak samo miotają się Polacy. Myślę, że „Wyzwolenie” pokazuje skrajności naszego narodowego charakteru. Z jednej strony mamy umiejętność mobilizacji, „pospolitego ruszenia”, a z drugiej – jesteśmy kłótliwi i uwielbiamy narzekać. Jednak dramatu Wyspiańskiego nie da się opowiedzieć czy zamknąć w jednej formule. Gramy Polskę.

Wyspiański radzi, byśmy nie mówili o niej zbyt często, tylko ją budowali i przestali nareszcie być Chrystusem narodów.

Chodzi o to, by nie przefilozofować Polski, a niestety ciągle to robimy. Myślimy o sobie źle i często robimy naszemu krajowi złą reklamę. Tymczasem kiedy bywam za granicą, słyszę, że o Polakach mówi się dobrze, bo potrafimy solidnie pracować, z pasją. Dlatego bądźmy sobą i bądźmy dumni z tego, że sobą jesteśmy.

Jednak Stary Aktor grany przez Gustawa Holoubka mówi, że nasi ojcowie byli bohaterami, a my jesteśmy nic.

Wyspiański pięknie pokazał człowieka teatru i jego poczucie, że robimy rzeczy ulotne. Żałujemy naszej pracy, gdy kończy się przedstawienie, bo prawie nic po nim nie zostaje – poza recenzją, bywa, że niesprawiedliwą. Oczywiście, słowa Wyspiańskiego dotykają także błahości naszych czasów – w porównaniu z przeszłością. Ale zdajmy sobie wreszcie sprawę z tego, że życiorysy odchodzących są również barwną legendą i nie zawsze ci, którym budujemy pomniki, byli zupełnie pomnikowi.

To może trzeba było zagrać „Wyzwolenie” z perspektywy polskich telenowel i ostro z nas zakpić?

To mogliby zrobić młodzi reżyserzy, jednak do tej pory nikt nie próbuje w ten sposób konkurować z Maciejem Prusem, co może trochę dziwić. Kiedy byłem jurorem Międzynarodowego Festiwalu Szkół Teatralnych w Warszawie, Polacy grali Różewicza i Szekspira, Słowacy „Wesele”, a wygrała „Noc listopadowa” przywieziona przez Węgrów. Język wywoływał wrażenie obcości, ale sam spektakl był na wskroś polski. Okazało się, że Wyspiański wcale nie jest taki enigmatyczny. A my czasami uważamy go za grafomana.

A pan wszystko rozumie w „Wyzwoleniu”?

Wcale nie uważam, że zrozumiałem je do końca, często zaskakiwała mnie wielość skojarzeń, które może wywoływać. Jestem pewien, że każdy widz odbierze ten tekst inaczej. Występuję w nim tylko jako przekaźnik pewnych idei, ich odbiór na pierwszym pokazie w Teatrze Narodowym był gorący. Jestem przekonany, że widownia spektaklu nie ograniczy się wyłącznie do ludzi z wyższym wykształceniem. Nie doceniamy Polaków. Ostatnio rozmawiałem z ekipą budowlaną z Białegostoku. Murarze znali mnie nie z serialu czy kina, tylko z Teatru Telewizji. Mam nadzieję, że zobaczą też „Wyzwolenie”. Zainteresuje na pewno tych, którzy zaczną je oglądać, bo to tekst bliski nam wszystkim.