Działacze Komitetów Obrony Republiki (CDR), rosnącej w siłę struktury secesjonistów, do akcji przystąpili w poniedziałek wczesnym rankiem. Najpierw zablokowali superszybki pociąg AVE w Gironie, potem autostradę A-7 koło Tarragony i główne drogi dojazdowe do samej Barcelony. Nieco później siłą wdarli się do ratusza Girony, gdzie została zerwana flaga Hiszpanii i na jej miejsce powieszona gwiaździsta flaga niepodległej Katalonii.

Aktywistom CDR udało się także zablokować główne arterie stolicy wspólnoty autonomicznej: aleje Diagonal, Gran Via, Laietana. Na placu Katalońskim, na budynku regionalnego oddziału Banku Hiszpanii zawisł wielki napis: „Niezależność gospodarcza. Bank Hiszpanii precz!".

Śladami Szkocji

– Rozumiem, że można sięgać do takich środków, bo ludzie zbyt długo czekają na przełom w naszej walce o niepodległość. Dopóki nie prowadzi to do przemocy, trzeba to zaakceptować. Ale ja się do CDR nie przyłączę – mówi „Rzeczpospolitej" Susana Caseras, szefowa kampanii wyborczej kandydatki głównego nacjonalistycznego ugrupowania kraju PDeCAT Neus Munte w wyborach regionalnych w maju. – W poniedziałek wolałam chodzić ze znajomymi po punktach wyborczych, gdzie rok temu głosowaliśmy – dodaje.

Alberto Madrigal, politolog z madryckiego stowarzyszenia Logocracia, przyznaje jednak w rozmowie z „Rzeczpospolitą", że ryzyko wybuchu przemocy między działaczami CDR a bojówkarzami skrajnej prawicy opowiadającymi się za jednością kraju jest spore.

– Ale w żadnym przypadku nie doprowadzi to do powstania w Katalonii organizacji terrorystycznych, jak kiedyś ETA. Ludzie nie zaakceptowaliby czegoś takiego w demokratycznym kraju i secesjoniści to wiedzą – dodaje Madrigal.

2 czerwca przy wsparciu katalońskich partii niepodległościowych premierem Hiszpanii został socjalista Pedro Sanchez. W przeciwieństwie do swojego poprzednika, konserwatysty Mariano Rajoya, podjął dialog z władzami w Barcelonie, proponując w szczególności referendum w sprawie większej autonomii dla prowincji. Carles Puigdemont, były przewodniczący katalońskich władz regionalnych i organizator zeszłorocznego referendum, przebywający na wygnaniu w Brukseli, tę ofertę najwyraźniej chciałby podchwycić. – Trzeba dać Sanchezowi szansę – przekonywał w poniedziałek.

Ale to w żaden sposób nie jest stanowisko całego ugrupowania. Quim Torra, następca Puigdemonta, który do tej pory uchodził za jego marionetkę, oficjalnie odrzucił ofertę Sancheza jako „niewystarczającą". Jego zdaniem jedynym rozwiązaniem jest uzgodnienie z Madrytem nowego referendum niepodległościowego, jak to zrobiono ze Szkocją czy Quebekiem.

Burżuazja Barcelony

Autopromocja
ORZEŁ INNOWACJI

Ogłoszenie wyników konkursu już 28 września

Dowiedz się więcej

Po śmierci dyktatora Franco konstytucja demokratycznej Hiszpanii opiera się jednak na zasadniczym kompromisie: bardzo szeroka autonomia regionów, ale w zamian za pozostanie w królestwie, chyba że wszyscy Hiszpanie uznają inaczej.

– W głosowaniu mogłoby się więc okazać, że większość Hiszpanów odrzuca niepodległość Katalonii, ale sami Katalończycy – nie. To jeszcze bardziej skomplikowałoby sytuację – mówi Madrigal.

Ale i katalońscy nacjonaliści, szczególnie z konserwatywnej PDeCAT, są rozdarci między ambicjami budowy niezależnego państwa a interesami gospodarczymi barcelońskiej burżuazji.

– Elita finansowa Katalonii chce kompromisu z Sanchezem, bo ten konflikt jest dla niej coraz kosztowniejszy. Jego częścią mogłoby być przyznanie dodatkowej autonomii fiskalnej Katalonii. Pozwoliłoby to na zwiększenie wydatków socjalnych, co być może przekonałoby do tego porozumienia także Lewicę Republikańską (IR – najstarsze, lewicowe ugrupowanie niepodległościowe Katalonii) – mówi Madrigal.

Jest też jeszcze jedna przeszkoda w osiągnięciu porozumienia: przetrzymywani od roku w areszcie członkowie rządu Puigdemonta. Szef hiszpańskiej dyplomacji Josep Borrell opowiedział się w ubiegłym tygodniu za ich warunkowych zwolnieniem. Ale teraz, gdy rozpoczęło się już w ich sprawie śledztwo, decyzja należy do niezawisłych sądów, które do tej pory trzymały się w tej sprawie pryncypialnej linii.

Aby nie tracić poparcia radykalnej frakcji ruchu niepodległościowego, Torra nazwał więc w poniedziałek działaczy CRD „przyjaciółmi" i podziękował za „zaangażowanie" w walkę o niepodległość.

Władzom w Barcelonie w podjęciu decyzji w sprawie porozumienia z Sanchezem nie pomagają wyniki badań opinii publicznej. Ta pozostaje bowiem niemal równo podzielona. Jak podaje związany z Generalitat Centre d'Estudis D'Opinio (CEO), 46,7 proc. mieszkańców wspólnoty autonomicznej chce niepodległej Katalonii, a 44,9 proc. jest temu przeciwne. Ale na pytanie, jaką formę prawną powinien przyjąć ich region, 7,8 proc. odpowiada, że należy go sprowadzić do zwykłej prowincji, 25,5 proc. chce, aby pozostał wspólnotą autonomiczną, 22,4 proc. postuluje, aby stał się stanem w państwie federalnym, a tylko 38,8 proc. domaga się bezwzględnej niepodległości.

– Wielu Katalończyków domaga się prawa do głosowania nad przyszłością regionu, ale już niekoniecznie w takim głosowaniu poparłoby rozwód z Hiszpanią – uważa Madrigal.

Jedno jest pewne: kompromis możliwy jest tylko teraz, póki u władzy pozostaje mniejszościowy rząd Sancheza. Partia Ludowa oraz Ciudadanos zdecydowanie odrzucają możliwość zwiększenia autonomii Katalonii. Po części wynika to z wizji silnego państwa, ale po części to zagranie taktyczne: dopóki kataloński konflikt się tli, a jedność Hiszpanii jest zagrożona, hiszpańska prawica może liczyć na silne poparcie i powrót do władzy w wyborach, które będą miały miejsce najpóźniej w 2020 r.

Już za kilka tygodni secesjoniści będą jednak musieli zdecydować, czy poprą w Kortezach budżet rządu Sancheza na przyszły rok. Jeśli nie, o kompromisowym rozwiązaniu katalońskiego konfliktu będzie można na lata zapomnieć. ©?