Gdy sprawa wyszła na jaw, wśród polityków opozycji w Portugalii pojawiły się głosy, że burmistrz Lizbony powinien podać się do dymisji. Fernando Medina w czwartek przeprosił za całe zdarzenie i przyznał, że nie powinno do tego dojść.

Jednocześnie burmistrz wykluczył możliwość ustąpienia z urzędu. - Stanowisko Portugalii i Unii Europejskiej jest zgodne z tym wyrażonym przez protestujących, o wielkim zaniepokojeniu z powodu łamania praw człowieka oraz żądaniem uwolnienia Nawalnego z więzienia - powiedział.

Nawalny został aresztowany w styczniu po powrocie do Moskwy z Niemiec, gdzie dochodził do siebie po zatruciu. Został później zatrzymany za naruszenie zasad zwolnienia warunkowego w związku ze sprawą o defraudację.

Aktywiści protestowali w związku z jego aresztowaniem w wielu krajach, w tym w Portugalii, gdzie organizatorzy otrzymali zgodę od biura burmistrza na zorganizowanie wiecu przed rosyjską ambasadą po podaniu władzom swoich nazwisk.

Jedna z aktywistek, 36-letnia Ksenia Ashrafullina,  posiadaczka podwójnego obywatelstwa rosyjskiego i portugalskiego, odkryła, że jej dane zostały udostępnione rosyjskiej ambasadzie i Ministerstwu Spraw Zagranicznych podczas wymiany e-maili z urzędem miasta.

- Państwo portugalskie nie zapewniło mi ochrony. Poczułam się zdradzona - powiedziała agencji Reutera. - Po otruciu Nawalnego zdaliśmy sobie sprawę, że Rosja staje się coraz bardziej brutalna wobec swoich obywateli - dodała.

Rosyjski sąd w środę zdelegalizował grupy związane z Nawalnym, uznając je za "ekstremistyczne".