Od wyborów na Ukrainie minęło już prawie półtora miesiąca. Tymczasem nie zebrał się jeszcze nowy parlament, nie ma też nowego rządu. Wydarzenia rozgrywają się niesłychanie powoli: deputowani, którzy powinni się zarejestrować w parlamencie, czynią to z wielkim opóźnieniem. Do piątku nie było jeszcze konstytucyjnego kworum, czyli 300 z 450 posłów.

Pozornie wszystko jest jasne. Pomarańczowa koalicja, czyli Blok Julii Tymoszenko i prezydencki blok Nasza Ukraina – Ludowa Samoobrona, ma w parlamencie większość, choć bardzo niewielką (zaledwie dwóch deputowanych). Dogadała się jeszcze przed wyborami, a formalne porozumienie o współpracy zawarła 15 października. Teraz trzeba je tylko wykonać.Najwyraźniej nie jest to takie proste. W proces tworzenia nowego rządu bardzo intensywnie włączył się prezydent Wiktor Juszczenko. – I usiłuje rozwiązać problem, który przypomina znaną zagadkę o tym, jak bezpiecznie przewieźć na drugi brzeg rzeki kozę, kapustę i wilka, mając tylko dwa miejsca w łodzi – mówi Switłana Kononczuk z Ukraińskiego Niezależnego Centrum Badań Politycznych. A Juszczenko chciałby co prawda mieć rząd pomarańczowych, ale z udziałem (niebieskiej) Partii Regionów obecnego premiera Wiktora Janukowycza. I na dokładkę uzyskać pewność, że w następnych wyborach prezydenckich nie wystartuje Julia Tymoszenko.Tego po prostu nie da się uzyskać.

Tymoszenko na pewno nie wejdzie do rządu razem z Regionami, mówiła o tym wielokrotnie. I nie obieca Juszczence, że nie będzie kandydować na prezydenta. W ten sposób oczywista, wydawałoby się, konstrukcja pomarańczowej koalicji po prostu upada.Na razie więc ukraińscy politycy grają na zwłokę. Najpierw bardzo długo liczono głosy, a ogłoszenie wyników wyborów odkładano w nieskończoność. Potem przeciągano rejestrację deputowanych. Teraz nie może się zebrać odpowiednik naszego Konwentu Seniorów – Rada Uzgadniająca.

– Jeśli będzie decyzja, to parlament zbierze się bardzo szybko. Trzeba tylko, by ktoś dał sygnał deputowanym: „chłopcy, możemy iść do sali obrad” – mówi Switłana Kononczuk.

Pojawiły się też pogłoski, że szykuje się całkiem nowe rozdanie politycznych kart. – Julia Tymoszenko przejdzie do opozycji, powstanie rząd Partii Regionów i Naszej Ukrainy – Ludowej Samoobrony – przekonuje Dmytro Jacenko z kijowskiego tygodnika „Profil”.

Premierem miałby zostać Wiktor Bałoga, obecnie szef Sekretariatu Prezydenta. 44-letni Bałoga pochodzi z Zakarpacia, z położonego blisko węgierskiej granicy Mukaczewa. Działał w Partii Socjaldemokratycznej związanej z ówczesnym prezydentem Leonidem Kuczmą, był merem swego rodzinnego miasta. W 1999 r. został gubernatorem Zakarpacia i wkrótce zerwał z socjaldemokratami, przechodząc do Naszej Ukrainy i stając się coraz bliższym współpracownikiem Juszczenki. Z ulicy Bankowej w Kijowie, gdzie urzęduje prezydent, dochodzą też sugestie, że pomysł koalicji pomarańczowo–niebieskiej jest bardzo dobrze widziany w Waszyngtonie, bo gwarantuje, że nie pogłębi się podział na Ukrainę zachodnią i wschodnią. Czy tak jest naprawdę, trudno powiedzieć.

Tyle że przeciętny Ukrainiec może tego zupełnie nie rozumieć. Obiecywano mu coś zupełnie innego. Ci, którzy wierzyli w powstanie rządu pomarańczowych, poczują się zdradzeni, a wschód kraju wcale nie ucieszy się zamianą Janukowycza na Bałogę. W efekcie kolejne wybory prezydenckie może wygrać Julia Tymoszenko. Zagadki z kozą, kapustą i wilkiem jednak nie da się rozwiązać.