– Tendencje w Unii i w Polsce są podobne, tyle że u nas wszystko dzieje się w większym stopniu: frekwencja jest niższa, zwycięstwo prawicy jeszcze wyższe niż średnia Unii – mówi "Rz" prof. Aleksander Smolar, prezes Fundacji Batorego.

W Polsce do urn poszło 24,5 proc. uprawnionych, podczas gdy przeciętnie w Unii 42,9 proc., co stanowi najniższy wynik od 30 lat. Skąd tak niska frekwencja? Według ekspertów wynika ona ze zmęczenia Europejczyków Unią. – Elity polityczne chciały walczyć z deficytem demokracji w Unii, przybliżyć ją obywatelom. Jak widać, nie przyniosło to rezultatów – komentuje dr Marek Cichocki, ekspert ds. europejskich.

Europejska prawica będzie miała w Parlamencie bezwzględną większość. Oznacza to, że przewodniczącym Komisji Europejskiej na kolejną kadencję pozostanie José Barroso. – Jestem przekonany, że tak się stanie – mówi szef chadeków w PE Joseph Daul, nawiązując do nieoficjalnego porozumienia, że szefem KE jest przedstawiciel frakcji, która wygrała wybory do Parlamentu.

Druga kadencja dla Portugalczyka oznacza kontynuowanie obecnej, prorynkowej polityki Komisji Europejskiej, z naciskiem na zwiększanie bezpieczeństwa energetycznego.

– Utrzymanie tego prowspólnotowego kierunku Unii będzie korzystne i dla Europy, i dla Polski – komentuje Cichocki.

Wyzwaniem dla Barroso będzie wciąż niejasna przyszłość traktatu lizbońskiego. Jeśli Irlandia w powtórnym referendum w październiku powie "tak", dokument mógłby wejść w życie w listopadzie. Szyki euroentuzjastom może jednak popsuć wyborczy sukces brytyjskich konserwatystów. Porażka rządzącej Partii Pracy może doprowadzić do przyspieszonych wyborów do Izby Gmin. Wówczas konserwatyści, którzy z pewnością je wygrają, przeprowadzą referendum w sprawie traktatu lizbońskiego. Anglicy odrzucą traktat, w efekcie czego Wielka Brytania odwróci zakończony już proces ratyfikacji.