Szef izraelskiego rządu miał wziąć udział w rozpoczynającym się w poniedziałek szczycie ponad 40 przywódców państw świata poświęconym walce z nuklearnym terroryzmem. Beniamin Netanjahu oddał jednak zaproszenie swojemu zastępcy, bo obawiał się ponoć, że takie kraje muzułmańskie jak Turcja czy Egipt będą chciały wykorzystać spotkanie w Waszyngtonie do zorganizowania nagonki na Izrael. Kraj ten od lat dysponuje bowiem bronią jądrową, choć nigdy oficjalnie się do tego nie przyznał.
[srodtytul]Obama naciska[/srodtytul]
Decyzja izraelskiego premiera o rezygnacji z udziału w szczycie – który jest oczkiem w głowie prezydenta Baracka Obamy – może pogłębić napięcia między USA a prawicowym rządem Netanjahu. Relacje między sojusznikami mocno się ostatnio pogorszyły. Mimo nacisków Białego Domu w sprawie wznowienia procesu pokojowego Izrael ośmieszył wiceprezydenta USA Josepha Bidena, ogłaszając podczas jego wizyty plan rozbudowy żydowskich osiedli we wschodniej Jerozolimie. Waszyngton kilkakrotnie bardzo ostro skrytykował za to izraelskie władze, a ostatnie tete-a-tete Obamy z Netanjahu było dla tego ostatniego wyjątkowo nieprzyjemne.
– Jeśli władze Izraela nie zrobią postępów w bliskowschodnim procesie pokojowym, to z pewnością będą pod presją USA także w sprawie programu atomowego i ratyfikowania traktatu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej (NPT) – mówi „Rz” Yossi Mekelber z londyńskiego Chatham House.
[srodtytul]Inni też chcą bombę[/srodtytul]