Andrej Sannikau to jeden z liderów białoruskiej opozycji, który według niezależnych sondaży w wyborach 19 grudnia 2010 r. mógłby – gdyby nie zarzucane dyktatorowi fałszerstwa wyborcze – zmierzyć się z Aleksandrem Łukaszenką w drugiej turze. Centralna Komisja Wyborcza ogłosiła jednak, że Łukaszenko zdobył blisko 80 proc. głosów.
Sannikau, podobnie jak inni opozycyjni kandydaci na prezydenta, wezwał swoich zwolenników do pokojowego protestu w dniu wyborów na centralnym placu Mińska. Kilkadziesiąt tysięcy ludzi ruszyło wtedy przed siedzibę białoruskiego rządu, by żądać rozmów z premierem. Tam doszło do incydentu, który opozycja nazwała prowokacją władz, a władza i osobiście Łukaszenko – masowymi zamieszkami oraz próbą obalenia władzy na zlecenie m.in. Niemiec i Polski.
W wyniku rzekomych „masowych zamieszek" ucierpiały szklane drzwi siedziby rządu, co w opinii białoruskich obrońców praw człowieka może być karane najwyżej w trybie administracyjnym. Władze wykorzystały ten incydent do brutalnego rozpędzenia demonstracji, osadzenia w areszcie ponad 600 jej uczestników, w tym siedmiu opozycyjnych kandydatów na prezydenta.
Na ławie oskarżonych obok Sannikaua zasiedli wczoraj czterej młodzi opozycjoniści, których zeznania, zdaniem obserwatorów, miały potwierdzić, że zamieszki 19 grudnia organizował Sannikau. Tylko jeden z nich przyznał się jednak do winy i pokajał. Ale nawet on nie potwierdził sugestii prokuratora o winie Sannikaua. Oświadczył, że nie pamięta, gdzie był i co robił kandydat na prezydenta podczas demonstracji.
Z zeznaniami pozostałych opozycjonistów prokurator miał jeszcze większe problemy. Zaprzeczyli oni złożonym w areszcie obciążającym siebie i Sannikaua oświadczeniom, twierdząc, że podczas przesłuchań wywierano na nich presję psychologiczną i zastraszano.