„Strony wymieniły jedynie ogólnikowe komunikaty w stylu: doszliśmy do porozumienia" – podało w sobotę Radio Echo Moskwy, komentując piątkowe spotkanie w Kazaniu Dmitrija Miedwiediewa, Serża Sarkisjana i Ilhama Alijewa.
Według pokojowej mapy drogowej, dokumentu, który mieli podpisać w piątek prezydenci Azerbejdżanu i Armenii, armia ormiańska miała opuścić zajęte terytoria wokół Górskiego Karabachu, a uchodźcy mieli wrócić do swoich domów. Miał też zostać otwarty korytarz komunikacyjny łączący oba kraje, a na sporne terytorium miały wkroczyć siły pokojowe. Ostateczne określenie statusu Karabachu nastąpiłoby w drodze referendum.
Do podpisania dokumentu jednak nie doszło. W sobotę MSZ w Baku i Erewanie obarczały się nawzajem winą o fiasko rozmów. Dyplomaci w Azerbejdżanie utrzymywali, że Armenia „zażądała zbyt wiele", w Armenii argumentowano, że Azerbejdżan nie zgodził się na „ostateczny wariant uregulowania konfliktu, wprowadzając liczne zmiany".
Ilham Alijew, przemawiając podczas wczorajszej parady wojskowej w Baku, ostrzegał, że „zrobi wszystko, by odzyskać 20 procent terytorium Azerbejdżanu, które jest obecnie okupowane przez Armenię".
Zasugerował przy tym, że jego kraj jest gotowy sięgnąć po wszelkie środki, by przywrócić integralność terytorialną swojego kraju. – Powinniśmy być silniejsi – mówił Alijew. Dodał też, że jego kraj wydaje na zbrojenia znacznie więcej, niż wynosi budżet Armenii. – W 2003 roku przeznaczyliśmy na ten cel 160 milionów dolarów. W tym roku wydamy ponad 3 miliardy. Wydatki wojskowe w naszym budżecie będą zajmować najważniejsze miejsce dopóty, dopóki Armenia nie wycofa się z azerbejdżańskiej ziemi – przekonywał.