„Daleki jestem od idealizowania współwięźniów – pisze Chodorkowski. – Ale wielu z nich ma zasady. I gotowi są za nie cierpieć. Naprawdę cierpieć".
Kola – pierwsza postać opisywana przez byłego oligarchę – był złodziejem i narkomanem. Siedział z Chodorkowskim, kończył mu się wyrok.
„Odprowadzałem go do wyjścia – pisze były oligarcha. – Było jasne, że wróci do obozu, bo z 23 lat życia pięć zdołał spędzić za kratkami".
I wrócił do obozu – już po pół roku. Opowiedział historię, którą – jak twierdzi Chodorkowski – udało się potem potwierdzić.
Otóż Kolę, oczywiście, złapano znowu na narkotykach. Był recydywistą, więc milicjanci postanowili „dołożyć" mu jeszcze jakieś przestępstwo, którego sprawcy nie wykryli.
„Takie propozycje – pisze felietonista „Nowych Wriemii" – składane są z reguły otwarcie. Załatwimy, że dostaniesz tylko dwa lata, ale ty weź na siebie jeszcze jakąś grabież. Z reguły chodzi o wyrwanie komuś na ulicy komórki. Kola zgodził się. Ale na konfrontacji nieoczekiwanie pojawiła się biedna staruszka, której jakiś łajdak wyrwał torebkę z dwoma tysiącami rubli (ok. 200 złotych). Oczywiście, nic nie pamiętała i, oczywiście, »rozpoznała« Kolę, którego pokazali jej śledczy."
I tu Kola ku zaskoczeniu milicjantów powiedział – nie.
„Nigdy nie rabowałem staruszków, tylko moich rówieśników. Nigdy nie zgodzę się na to, żeby mi przypisać zabranie ostatnich pieniędzy babci. Zabijcie mnie, ale nie!
Pobili go i odesłali do celi – niech pomyśli".
Po krótkim czasie słychać stukanie do drzwi. Otwierają otwór, przez który podaje się więźniom jedzenie, i na korytarz wylatują... jelita Koli. Rozpruł sobie brzuch. Harakiri.
Dziś Kola jest inwalidą, ale nie żałuje.
– Gdyby przywalili mi torebkę tej staruchy, i tak bym umarł – mówi Kola, mając na myśli szacunek do samego siebie, bez którego nie wyobraża sobie życia.
Patrzę na tego wielokrotnie sądzonego człowieka i z goryczą myślę o tak wielu ludziach na wolności, którzy wyceniają swój honor znacznie taniej, a pozbawienie paru tysięcy staruszka czy staruszki w ogóle nie uważają za grzech" – pisze Chodorkowski, ewidentnie czyniąc aluzję do skorumpowanej władzy. „Zagrabić – i mądrze to zagadać. Im nie jest wstyd. I rad nierad – dumny jestem z Koli".
Chodorkowski opowiada też o innym narkomanie, 30-letnim Cyganie Siergieju. Historia Siergieja zaczyna się banalnie: złapany na narkotykach, nie chciał wydać dilera, wobec czego milicjanci zadecydowali, że to on będzie dilerem. Już trwa proces, Siergieja wożą do sądu, grozi mu od 8 do 12 lat.
Okazuje się, że przywieźli do sądu głównego świadka oskarżenia. To też więzień, około 50-letni. W więziennym szpitalu odkryli u niego nieuleczalną chorobę.
Odwołał to, co zeznał przeciw Siergiejowi.
„I on w sądzie mówi: Mam taki wyrok, że i tak umrę w więzieniu, i to niedługo. Grzechów mam dużo, i jeszcze jednego brać na siebie nie chcę. Prawdę powiem, niech zabiją, ja już się nie boję. I opowiada, jak pomagał milicjantom wrabiać innych handlarzy, jak handlował narkotykami dostarczanymi przez milicjantów, jak oddawał im pieniądze, jak oni aresztowali jego konkurentów i ich klientów (...).
W sali stłoczyła się publiczność z korytarza. Wszyscy słuchają w martwej ciszy. A on pokazuje palcem na śledczych siedzących na sali i mówi:
– To oni!
Oni wstają i chcą wyjść. Woźny ich nie puszcza:
- Może sędzia was zatrzyma!"
Sędzia ogłasza przerwę.
A potem przez adwokata pyta Siergieja: jaki chcesz wyrok? Siergiej targuje się, najpierw chce uniewinnienia. Ale, jak mówi adwokat, »tak nie bywa«. W końcu godzą się: wyrok trzy lata, Siergiej już odsiedział tyle, że może wyjść przedterminowo.
– Może powinienem bardziej twardo? Do końca? – pyta Siergiej Chodorkowskiego.
– Nie, Sierioża. Słusznie zdecydowałeś. System tak nie działa".
I Siergieja rzeczywiście wypuścili na warunkowe.
„Taki jest system. Tacy są ludzie. Do Progu. I na Progu. Na którym kiedyś wszyscy się znajdziemy" – kończy swój pierwszy felieton Michaił Chodorkowski.
Korespondencja z Moskwy