– Gdyby przywalili mi torebkę tej staruchy, i tak bym umarł – mówi Kola, mając na myśli szacunek do samego siebie, bez którego nie wyobraża sobie życia.
Patrzę na tego wielokrotnie sądzonego człowieka i z goryczą myślę o tak wielu ludziach na wolności, którzy wyceniają swój honor znacznie taniej, a pozbawienie paru tysięcy staruszka czy staruszki w ogóle nie uważają za grzech" – pisze Chodorkowski, ewidentnie czyniąc aluzję do skorumpowanej władzy. „Zagrabić – i mądrze to zagadać. Im nie jest wstyd. I rad nierad – dumny jestem z Koli".
Chodorkowski opowiada też o innym narkomanie, 30-letnim Cyganie Siergieju. Historia Siergieja zaczyna się banalnie: złapany na narkotykach, nie chciał wydać dilera, wobec czego milicjanci zadecydowali, że to on będzie dilerem. Już trwa proces, Siergieja wożą do sądu, grozi mu od 8 do 12 lat.
Okazuje się, że przywieźli do sądu głównego świadka oskarżenia. To też więzień, około 50-letni. W więziennym szpitalu odkryli u niego nieuleczalną chorobę.
Odwołał to, co zeznał przeciw Siergiejowi.
„I on w sądzie mówi: Mam taki wyrok, że i tak umrę w więzieniu, i to niedługo. Grzechów mam dużo, i jeszcze jednego brać na siebie nie chcę. Prawdę powiem, niech zabiją, ja już się nie boję. I opowiada, jak pomagał milicjantom wrabiać innych handlarzy, jak handlował narkotykami dostarczanymi przez milicjantów, jak oddawał im pieniądze, jak oni aresztowali jego konkurentów i ich klientów (...).